Filmy, bogowie i uczeni

Wciąż chyba jeszcze nie wygasła ogólnoświatowa fascynacja pewnym filmem, komputerową kreskówką w reżyserii Jamesa Camerona,  pod odmienianym przez wszystkie przypadki tytułem Avatar. Film jest nudnawy i wtórny, z rzeczywiście kilkoma ładnymi krajobrazami i ciekawymi (przez pierwsze półtorej godziny) efektami 3d. Na szczęście jednak nie będziemy się zajmować samym filmem – wystarczy nam jego tytuł.

Po pierwsze, mam żal do polskiego dystrybutora filmu, że nie zastosował polskiej pisowni. Słowo avatar ma bowiem swój polski – wcale nie gorszy – odpowiednik – czyli awatar, ewentualnie awatara (choć ta druga opcja brzmi zdecydowanie gorzej) i nie wiem, z jakiego powodu zdecydowano się pozostawić wersję oryginalną. Ale to oczywiście purystyczne zrzędzenie i zupełnie nie na temat.

Cóż to więc za słowo? Avatar pojawia się w języku angielskim w roku 1784. Przywiózł je z Indii sir William Jones. I – odstawiając avatara na moment na bok – zajmijmy się przez chwilę panem Billem. Jones urodził się w 1746 roku jako syn… Williama Jonesa, matematyka, któremu zawdzięczamy między innymi symbol liczby pi. Mimo, iż Jones senior umarł, gdy junior miał ledwie trzy lata, temu drugiemu udało się utrzymać i wykształcić – ukończył studia na Oksfordzie. Udało mu się to między innymi dlatego, że był językowym geniuszem. W młodości opanował: grekę, łacinę, perski, arabski, hebrajski i podstawy chińskiego. Dzięki temu mógł zarabiać na tłumaczeniach (przekładał między innymi na zlecenie króla Danii Christiana VII) i nauczaniu języków. W wieku dwudziestu czterech lat był już uznanym orientalistą. Pod koniec życia mówił płynnie w trzynastu językach i radził sobie w dalszych dwudziestu ośmiu. Losy kariery skierowały go do Indii (był sędzią sądu najwyższego w Bengalu). Kultura Indii zachwyciła i pochłonęła go bez reszty, jest autorem wielu wczesnych i pionierskich opracowań na jej temat. Założył brytyjskie Towarzystwo Azjatyckie – instytucję poświęconą badaniom i krzewieniu dalekowschodniej kultury. Jako językoznawca wsławił się Jones jednak czymś innym. Otóż znając już klasyczne języki europejskie, zauważył podczas studiów nad sanskrytem znaczne podobieństwo wielu słów starożytnego języka Indii do łacińskich i greckich. To spostrzeżenie pozwoliło mu wysnuć szeroko dotychczas uznawaną teorię o języku praindoeuropejskim, stanowiącym wspólne źródło wielu języków Europy i Azji.

No dobrze, laurka wypisana wróćmy więc do avatara… Słowo to wywodzi się prosto z sanskrytu i stanowi złożenie cząstek ava - w dół i tarati - on przechodzi. W starożytnych Indiach oznaczało wcielenie, czy bardziej poprawnie – manifestację, uobecnienie się – bóstwa w świecie fizycznym. Różnica między wcieleniem, a manifestacją, przypomnijmy, polega na tym, że wcielenie zakłada (jak w chrześcijaństwie) rzeczywistą cielesność bóstwa, a manifestacja jest raczej ułudą, pozorem cielesności, czymś w rodzaju kreskówki wyświetlanej przez bóstwo na ekranie naszego świata. Początkowo Hindusi używali tego słowa na określenie różnych bóstw, później znaczenie zawęziło się do manifestacji boga Wisznu. W sanskrycie poza wersją avatar istnieje też synonim avatara, co skrzętnie przechwyciła polszczyzna. W Słowniku Języka Polskiego  czytamy:

awatara mit. ind. «wcielenie boga, który zstępuje do świata ludzi w postaci zwierzęcia, człowieka lub hybrydy, by przywrócić zachwiany ład świata»

Nie powinniśmy zapominać też o komputerowo-sieciowym znaczeniu tego słowa. Mianem awatarów określa się ikonki, reprezentujące użytkowników forów dyskusyjnych, blogów itp. Do slangu internetowego słowo to przeniknęło najprawdopodobniej z wydanej w 1992 roku powieści Neala Stephensona “Zamieć” (Snow Crash) gdzie określa ono “ciała” bohaterów, pozwalające poruszać się w cyfrowej, wirtualnej rzeczywistości.

…jak te króliki!

Ich uszy mogą mieć nawet 10 cm długości. Ważą od 40 gramów do 2 kilogramów. Mierzą sobie od 20 do 50 cm. Poruszają się najczęściej na koniuszkach palców… To nie samoloty, nie nietoperze, ani nie pędzące kule – to króliki.

Anglosasi mówią na królika rabbit (choć zdarza im się powiedzieć też i bunny, ale tym słowem nie będziemy się dziś zajmować). Więc rabbit… ale nie od zawsze. Słowo to pojawia się w angielszczyźnie pod koniec XIV wieku i przywędrowało na Wyspy z walońskiego dialektu języka francuskiego, gdzie brzmiało robete. Walonowie z kolei zapożyczyli je z od Flamandów lub Holendrów, którzy na królika wołali robbe i chyba musieli to słowo wymyślić sami, ponieważ nikt dotąd nie był w stanie wskazać, skąd do nich owo robbe przywędrowało.

Dlaczego napisałem, że “nie od zawsze”? Otóż aż do XVIII/XIX wieku rabbit był, co prawda królikiem, ale młodym króliczkiem, królisiem nawet – dzieckiem mamy króliczycy i taty królika. Dorosłe zwierzątko zwało się wówczas coney.

Wyspiarze nazywali królika coney od około 1200 roku i ta nazwa przeszła do angielskiego z anglo-normandzkiego conis, które z kolei ma swoje źródła  (podobnie jak hiszpańskie conejo, portugalskie coelho i włoskie coneglio) w łacińskim cuniculus - języki germańskie i celtyckie z północnej Europy nie miały swojego słowa na królika, jako że zwierzęta te przywędrowały na Północ dość późno (to między innymi jedna z zagadek pochodzenia wspomnianego robete). Klasyczni autorzy rzymscy twierdzą, że nazwę cuniculus zaczerpnęli ze współczesnej im mowy Celtów iberyjskich.

Los “dawnej wersji” królika stał się jednak przesądzony. Otóż wyspiarski slang nadał słowu coney nowe, niezbyt cenzuralne znaczenie – coney stał się wulgarnym określeniem mocno intymnej części kobiecego ciała. Powiązany jest też z nim czasownik connyfogle oznaczający “oszukiwać, w celu uzyskania kobiecej przychylności”. Nowe znaczenie rozpowszechniło się tak bardzo, że aby uniknąć nieporozumień nad serwowaną przez angielskie damy potrawką z królika, coraz częściej używano słowa rabbit - teraz już w sensie dorosłego zwierzaka.

Na tym jednak nie koniec problemu. Nieładne już i zepchnięte do doków, zadymionych pubów i domów uciech słowo wciąż pojawiało się w Biblii Króla Jakuba – najsłynniejszym i najdonioślejszym dla Anglików przekładzie pisma świętego. W “Księdze przysłów” czytamy tam np (XXX,26):

The conies are but a feeble folk, yet make they their houses in the rocks;

co Biblia Tysiąclecia oddaje jako:

Góraliki, lud wprawdzie niemocny, ale w skale mieszkania zakłada;

Oczywiście niemożliwością było, by duchowni czytali wiernym o tym, o czym wierni zapewne chętniej by posłuchali, lecz z pewnością nie staliby się po owej lekturze bardziej uduchowieni. Niemożliwa jednak była też zmiana tekstu Pisma, zwłaszcza że oznaczałoby to uleganie językowi plebsu. Cóż zatem pastorzy uczynili? Skorzystali z cudownej cechy angielszczyzny, która dość swobodnie traktuje związki pisowni z wymową. Wulgarny coney wymawiany był “kani”, więc nazwę biblijnego zwierzaka, nie mającego nic wspólnego z uwodzeniem, króliczeniem i innymi uciechami postanowiono wymawiać “kołni”.

Nawet jednak ta zmiana nie zdołała uratować coneya - rabbit wygrał, choć we wspomnianym na początku bunny ma obecnie mocnego konkurenta. Google pokazuje ponad 5 milionów wystąpień słowa rabbit, ale bunny (bardziej od rabbita pieszczotliwy i sugerujący młody wiek zwierzaczka) ściga go dzielnie i ma już ponad 3 miliony.

Aha, na koniec warto jeszcze wspomnieć, że istnieje jeszcze jedno słowo na określenie młodego królika (choć także młodych innych niewielkich zwierzątek futerkowych): kit.

Pani pozwoli…

Zapewne wszyscy mieli z nim kontakt – zimny, nieprzyjemny, a jednak pożyteczny. Posługują się nim tak znane w świecie medycyny postacie jak dr Gregory House, dr Meredith Grey, a także dr Zofia Burska.  Przez większość ignorowany i niedoceniany, w większości wypadków niesprawiedliwie.  Stetoskop.

Angielska (i ostatecznie polska) nazwa lekarskich słuchawek – stethoscope - pochodzi od greckiego słowa stethos, z dodanym przyrostkiem scope (przyrząd do patrzenia), mającego swe źródło w greckim skopein “patrzeć”. Stethos oznacza “pierś” lub “klatkę piersiową”.  Skąd wzięło się to słowo?

Otóż w roku 1816 młody, francuski lekarz, Rene-Theophile-Hyacinthe Laennec (1781-1826), przyjmujący w pierwszym na świecie szpitalu pediatrycznym, paryskim Hopital Necker, miał do czynienia z pacjentką uskarżającą się na problemy z sercem. Zaczął od tradycyjnego opukania jej pleców, uważnie przysłuchując się dźwiękom. Niestety nie zdało się to na wiele, gdyż mimo że szpital był dziecięcy, a pacjentka młoda, zdążyła już nabrać stosownie opływowych kształtów oraz rozmiarów i opukiwanie pleców, jeśli nawet wywoływało jakiekolwiek dźwięki, to zupełnie nie pozwalało na diagnozę schorzenia. Cóż począć? Kulturalny Laennec, nie mógł przecież przytulić policzka do stethos owej korpulentnej młodej damy. Oddajmy głos samemu medykowi:

Przypomniał mi się wtedy pewien szeroko znany i prosty fakt z dziedziny akustyki (…) Przyszło mi na myśl, jak wyraźnie słyszymy drapanie w drewnianą listewkę, gdy przytkniemy ucho do drugiego jej końca. Pokierowany tą ideą natychmiast zwinąłem kilka kartek papieru w rulon. Jeden z końców tak powstałej tuby przystawiłem w rejonie serca pacjentki, do drugiego przysunąłem ucho. Bez zaskoczenia, choć z wielkim zadowoleniem okazało się, że w ten sposób byłem w stanie usłyszeć pracę serca kobiety z wyrazistością, jakiej nie miałem nigdy osłuchując metodami tradycyjnymi. – De l’Ausculation Mediate (1819)

Swój wynalazek, po zmianie materiału z papieru na drewno, Laennec ochrzcił stetoskopem właśnie. Jako, że były to czasy gruźlicy (na którą zresztą w siedem lat po opublikowaniu cytowanego traktatu, zmarł nasz bohater) tego rodzaju przyrząd od razu zyskał sobie uznanie wielu lekarzy i na stałe zajął poczesne miejsce w medycznym arsenale. Nowoczesne, zakładane na dwoje uszu słuchawki, które zastąpiły drewnianą tubę wynalazł w 1851 urodzony w Wexford, irlandzki lekarz i podróżnik Arthur Leared (1822-1879).

Gotham

Jeśli ktoś widział filmy, czytał komiksy lub książki o niejakim Batmanie wie zapewne, że nietoperzasty superbohater zmagał się z nieprawościami świata naszego w przeogromnej metropolii zwanej Gotham.  Nie wszyscy zapewne wiedzą, że Gotham nie jest nazwą, która powstała w wyobraźni twórcy Batmana – Boba Kane’a, lecz jest jednym z określeń – chciałoby się napisać “przezwisk” – nadawanych przez Amerykanów Nowemu Jorkowi.

Nowy Jork po raz pierwszy został nazwany Gotham przez amerykańskiego pisarza i historyka, Washingtona Irvinga. W 1807 roku Irving opublikował satyrę na nowojorską socjetę i życie kulturalne  zatytułowaną “Salmagundi” (ta nazwa oznacza mięsno-warzywno-kwiatową sałatkę, bez określonego składu, za to zawsze mocno różnorodną – odpowiednik polskiego “bigosu” jeśli chodzi o określenie zbieraniny rozmaitości), której rozdział 109 zatytułowany został:

OF THE CHRONICLES OF THE RENOWNED AND ANTIENT CITY OF GOTHAM

czyli:

KRONIKI SŁYNNEGO I STAROŻYTNEGO MIASTA GOTHAM

Chodziło, rzecz jasna,  o Nowy Jork właśnie.

Co skłoniło Irvinga do nadania Nowemu Jorkowi tej właśnie nazwy? Być może podpowiedzią będzie dla nas podtytuł owego rozdziału: “How Gotham City conquered was, and how the folk turn’d apes”. (“O podboju Gotham City i o tym, jak ludzie w małpy się zmienili.”) Jak widzimy Irving nie miał zbyt wysokiego mniemania o mieszkańcach Nowego Jorku. Dlaczego jednak pisząc swój paszkwil wybrał tę akurat nazwę? Może pomoże nam tu nieco etymologii. Słowo to w staroangielskim oznaczało “zagrodę dla kóz”. Czyli jednak wciąż nadal wiemy niewiele więcej. Cóż bowiem za różnica, kozy czy małpy? I jedno i drugie mądrością nie grzeszy, przynajmniej w potocznym ludzkim mniemaniu.

Na szczęście na pomoc przychodzi nam tutaj angielska legenda, którą Irving, będący wielkim przyjacielem sir Waltera Scotta, zapewne znał. W 1460 roku powstała na Wyspach kompilacja opowieści o wieśniakach zamieszkujących osadę Gotham (miejscowość o tej nazwie istnieje w Nottinghamshire, choć nie jest do końca pewne, czy legendy mówią właśnie o niej). Chłopi ci znani być mieli ze swej prostoty i “głupoty okazującej się w efekcie mądrością”. Znaczy cechowali się tym, co chętnie dziś określamy mianem “zdrowego, chłopskiego rozumu”.

Najsłynniejszą opowieścią o “przygłupkach z Gotham” jest ta, w której wieśniacy dowiadują się, że król Jan bez Ziemi (wróg Robin Hooda, monarcha, który podpisał słynną Magna Carta) postanowił objechać swoje włości. Czy było to polowanie, czy kwestia zaczerpnięcia świeżego powietrza, nikt dziś nie jest pewny. Ważne za to jest, że w myśl ówczesnych obyczajów, zarówno króla jak i jego nieodłączną świtę liczną jak działacze PZPNu towarzyszący naszej dzielnej jedenastce, utrzymywać musieli mieszkańcy miast i wiosek, w których królewski kaprys upatrzył sobie miejsce postoju.

Gotham było niezbyt zamożną osadą, więc szczwani chłopi umyślili, że w dzień monarszej wizyty udawać będą głupków.  Gdy więc przednia straż królewskiego orszaku dotarła do ich wioski, zdumieni rycerze ujrzeli wieśniaków wielce zajętych topieniem węgorza w stawie. Pojechali kawałek dalej i zobaczyli grupę trzymających się za ręce mężczyzn, stojących kręgiem wokół krzaka. Jeden ze zbrojnych spytał:

- Co wy tam robicie?

- Ten słowik śpiewa tak pięknie, że nie chcemy go wypuścić – odparł chłop-meloman z przekonaniem.

Zadziwieni rycerze wrócili do króla Jana, którego poinformowali, iż osada gdzie zamierzają się zatrzymać, zamieszkana jest przez samych wioskowych głupków. Zniesmaczony monarcha przemyślał sprawę i ominął Gotham, dzięki czemu wieśniacy uratowali  swoje zapasy na zimę przed zakusami żarłocznej świty.

Opowieść ładna, choć prawda o mieście Batmana wygląda o wiele bardziej prozaicznie. Bill Finger, scenarzysta komiksu szukając nazwy dla opisywanej metropolii poszukiwał jej, przeglądając książkę telefoniczną. W pewnej chwili trafił na nazwę “Gotham Jewelers”…

Prawdziwy koszmar

Jeśli nie brać pod uwagę weekendów, nie sypiam ostatnio zbyt dobrze. W snach przychodzą do mnie najdziksze obrazy grozy i przestrachu, których szczegółów czytelnikom oszczędzę.  Zamiast jednak wywalać koszmarne pieniądze na psychoterapeutów postanowiłem poddać moje koszmary anglicyzacji i etymologizacji. To zawsze pomaga.

Koszmar to dla anglosasów nightmare. Przez długi czas dziwowałem się temu słowu, jako że wygląda dziwnie. Night to rzecz jasna noc, co pasuje jak ulał, ale mare? Mare to przecież klacz i choć “nocna klacz” jest niezwykle poetyckim obrazem, wizją która przywołuje wszystkie licealne fantazje o pędzie, wietrze i “Wichrowych wzgórzach”, do koszmaru pasuje jak, nie przymierzając, pięść do nosa.

I – przyznaję – w błędzie żyłem. W błędzie, z którego w ramach poprawiania jakości własnego snu, zaraz się razem z wami wydobędę.

Okazuje się bowiem, iż w tym wypadku mare nie odnosi się do samicy konia. O nie. Ta mare jest bowiem czymś o wiele bardziej groźnym i dręczącym.  W staroangielskim bowiem, mare znaczyło tyle, co łaciński incubus. Czym jest incubus? Otóż jest to demon, zły duch, pod postacią pociągającego mężczyzny nawiedzający Bogu ducha winne kobiety i albo zmuszający je do odrażających aktów, albo po prostu duszący je we śnie. Mare wywodzi się z protogermańskiego maron i praindoeuropejskiego mora. Oba słowa według fachowców mają wspólny rdzeń mer, oznaczający “ścierać, krzywdzić, chwytać”. Zbitka nightmare pojawiła się w angielskim pod koniec XIII wieku, ale sens “złego snu” zyskała sobie dopiero w roku 1829, a dwa lata później po raz pierwszy odnotowano wystąpienie tego słowa w znaczeniu “ciężkiej, wyjątkowo niepomyślnej sytuacji”.

Istnienia owych nightmares, tudzież incubusów, ludzkość świadoma była od dawna. Godfryd z Monmouth (1100-1154), walijski mnich i kronikarz, autor “Historii królów Brytanii” (Historia Regnum Britanniae, 1136) jednemu z nich przypisywał ojcostwo znanego z mitów arturiańskich czarodzieja Merlina - matką miała być walijska księżniczka. Incubusem miał też być niejaki Lilu - ojciec Gilgamesza, bohatera sumeryjskich eposów. Święty Augustyn w swoim “O państwie Bożym” (15.23) twierdzi, że dowodów na niecną wobec czcigodnych kobiet działalność incubusów jest tyle, że nie można podawać w wątpliwość ich prawdziwości. Trwały również zagorzałe dyskusje na temat płodności owych demonów. Święty Tomasz z Akwinu utrzymywał na przykład (w “Summie teologicznej”), iż same w sobie incubusy nie są w stanie spłodzić z kobietą potomstwa, lecz są na tyle złośliwe, iż przed dokonaniem nocnej napaści na kobietę, przyjmując postać żeńską, pobierają nasienie od mężczyzn i tymże nasieniem zapładniają poddane później ich mocy panie. Godfryd z Monmouth kwestię przemilcza.

Oczywiście mare ma też całkiem pokaźną ilość krewnych i znajomych w polszczyźnie. Pierwszym i najbardziej oczywistym jest nocna mara (wręcz idealna kalka nightmare), znamy też zmory, mór, a nawet Marzannę. Nie można tu również nie wspomnieć wiersza jednego z mistrzów polszczyzny, który co prawda dość daleko odszedł od tradycji średniowiecznej, ale ze swadą opisywał swojego Dusiołka (pamiętajmy, że incubusy dusiły):

Ogon miał ci z rzemyka,
Podogonie zaśz łyka.
Siadł Bajdale na piersi, jak ten kruk na snopie -
Póty dusił i dusił, aż coś warkło w chłopie!

(Bolesław Leśmian “Dusiołek”)

Innym fragmentem, który wypada tu przytoczyć choć jest z nieco innej beczki, jest cytat z eseju ojca etymologii polskiej, Aleksandra Brucknera, który w 1897 roku w pracy “Mitologia, jej dzieje, metoda i wyniki” tak pisał o źródłach mitów.

(…) źródłem mitów staje się (…) człowiek sam. Najpierw w stanie nienormalnym: więc przywidzenia jego senne, mianowicie uczucia, wywoływane przez zmorę, która dusi i pieści, przybiera kształty dzikie i szorstkie, lub piękne i lubieżne, przemienia się i znika (…)

Koszmar źródłem kultury?

late 13c., “an evil female spirit afflicting sleepers with a feeling of suffocation,” compounded from night + mare “goblin that causes nightmares, incubus,” from O.E. mare “incubus,” from mera, m?re, from P.Gmc. *maron “goblin,” from PIE *mora- “incubus,” from base *mer- “to rub away, harm, seize” (cf. first element in O.Ir. Morrigain “demoness of the corpses,” lit. “queen of the nightmare,” also Bulg., Serb., Pol. mora “incubus;” Fr. cauchemar, with first element is from O.Fr. caucher “to trample”). Meaning shifted mid-16c. from the incubus to the suffocating sensation it causes. Sense of “any bad dream” first recorded 1829; that of “very distressing experience” is from 1831.

Uwaga grypa!!!

Dziś, dołączając się do ogólnej paniki i rozhisteryzowania mediów, przyjrzymy się bliżej problemowi grypy. Grypy bezprzymiotnikowej, więc pamiętajmy, że poniższe wskazówki i objaśnienia stosują się do wszystkich rodzajów tej morderczej choroby.

A zatem – maseczki włóż!

Przeciętny Anglik czy Amerykanin nazwie grypę słowem, które równie dobrze mogłoby być pseudonimem egzotycznej tancerki – flu. To jednak tylko skrót od pełnej nazwy ptasio-świńskiego mordercy, brzmiącej influenza.

Anglosasi influenzę podebrali Włochom, w których mowie słowo to oznacza “wpływ” – podobnie zresztą jak angielskie influence. Oba te słowa mają wspólnego przodka w średniowieczno-łacińskim influentia, również oznaczającego wpływ (czegoś do czegoś). Klasyczny czasownik influo znaczył właśnie “wpływać” (jak rzeki do mórz, morza do oceanów itd.) lub “dostawać się dokądś/wciskać niepostrzeżenie”.

Angielskie influence początkowo zaczerpnęło swój sens z tego ostatniego i – będąc terminem ściśle astrologicznym – oznaczało eteryczną, emitowaną przez gwiazdy substancję, dzięki której ciała niebieskie oddziałują na ludzi. Dzisiejsze znaczenie influence jako “posiadania mocy do zmiany stanu rzeczy, czy też wywoływania określonych skutków” zyskało sobie popularność dopiero w XVI stuleciu.

Włoska influenza jednak obrała sobie inną ścieżkę rozwoju kariery i zaczęła oznaczać nagły, epidemiczny wybuch choroby (o której spowodowanie, rzecz prosta, podejrzewano gwiazdy). Przykładowo influenza di febbre scarlattina oznaczało po prostu wybuch epidemii szkarlatyny. To zastosowanie influenzy także notujemy od wieku XVI., a dokładniej od roku 1504, kiedy doszło w ówczesnej Italii do epidemii choroby, uznawanej dziś za grypę.

Dużo większa epidemia przetoczyła się przez Europę (nie omijając Anglii) w latach 1742-1743. Włosi, zgodnie ze swym półtorawiecznym zwyczajem, nazwali ją influenza di catarro. Anglicy, tradycyjnie mający kłopot z językami obcymi, przejęli tę nazwę jedynie częściowo i niedokładnie, ponieważ uznali słowo influenza za nazwę samej choroby.

Żeby jeszcze bardziej ułatwić sobie życie, od czasów wiktoriańskich okroili influenzę jeszcze bardziej, nazywając ją flue, a potem już współczesnym flu.

Maseczki zdejm!

Godzinki

No tak, dawno nie było u nas żadnego porządnego wpisu o rdzeniach i tym podobnych etymologicznych fanaberiach. Stęskniłem się za tym trochę, więc proszę bardzo – będą i rdzenie.

Godzina to po angielsku hour. Do języka Szekspira słowo to trafiło mniej więcej wtedy, gdy w Polsce władali ostatni Piastowie, czyli w połowie XIII wieku. Anglicy, zajęci w tym czasie Wojną Baronów (która w zasadzie była czymś w rodzaju zagorzałej debaty na tematy budżetowe toczącej się pomiędzy królem Henrykiem III, jego synem księciem Edwardem – późniejszym Edwardem I, a “panami szlachtą” czyli możnymi baronami pod kierownictwem niejakiego Szymona z Montfort) nie mieli wówczas na tyle energii, by wymyślać to słowo sami, a zaczerpnęli je zza Kanału, ze starofrancuskiego hore. Hore oznaczało “dwunastą część dnia”. I nie ma tu pomyłki, bo pamiętać należy, że dzień to zaledwie połowa doby, drugą zajmuje noc.

Tłukący się po łbach Anglicy nie czuli się prawdopodobnie źle zapożyczając nowe słowo, ponieważ i Francuzi sami go nie wymyślili, tylko przeczytali w łacińskich tekstach. Łacińskie hora oznaczało, a jakże, godzinę, a także porę (w obu sensach “pory na coś” i “pory roku/sezonu”).

Oczywiście i Francuzi nie musieli się rumienić z powodu zapożyczenia. Rzymianie zajęci… no, wiadomo czym zajmowali się Rzymianie, podwędzili horę Grekom, u których ta sama hora oznaczała pierwotnie “dowolną, ograniczoną ilość czasu”, na przykład porę roku, albo dnia – więc na przykład wieczór, poranek itd.

A czy zajęci… czymś Grecy przejęli to słowo od jakiejś innej nacji zajętej wymyślaniem słów? Tutaj etymolodzy i inni specjaliści grzebiący w trzewiach słów znamiennie wskazują na swój koncept języka praindoeuropejskiego, w którym rdzeń yor lub yora oznaczał rok, lub porę roku. Z tego samego rdzenia zresztą wywodzi się inne angielskie słowo year, czyli po prostu rok.

W jaki sposób doszło do tego, że z bardzo ogólnej i nieokreślonej pory hora stała się godziną? Grecy – ci spokojniejsi, którzy nie zajmowali się czymś innym, a bardziej oglądaniem gwiazd, planet i tym podobnymi fanaberiami – zaczerpnęli od Babilończyków ideę dzielenia dnia na 12 części. Głównym winowajcą jest tu niejaki Hipparchos z Nikei. Co ciekawe noc nasz uczony podzielił jedynie na cztery części – być może dlatego, że w Starożytności ludzie wiedzieli, czym należy zajmować się nocami zamiast maniakalnego patrzenia na zegarki. Inną osobliwością podziału Hipparcha było to, że ustalone przez niego “godziny” zmieniały swą długość wraz z porami roku. Innymi słowy hora zimą była o wiele krótsza niż latem. Ta moda liczenia godzin zmieniła się dopiero w XIV wieku, choć rozróżnienie pomiędzy “nierównymi” a “równymi” godzinami utrzymywało się w Europie jeszcze do wieku XVII.

Może warto jeszcze wspomnieć, że francusko-łacińsko-grecko-praindoeuropejska hora (w której głoski h nie wymawiano od czasów rzymskich) wyparła na Wyspach staroangielskie tid - czas i stund - okres czasu (por. niemieckie die stunde - godzina)

Ale tu macie Meksyk…

Dziś przejedziemy się po Stanach bardzo krótko, ot tyle żeby dotrzeć do granicy Meksyku…

Nie trzeba wielkiej przenikliwości, by zauważyć, że nazwa amerykańskiego stanu Nowy Meksyk pochodzi od nazwy kraju Meksyk (kraina ta została dołączona do USA po wojnie jankesko-meksykańskiej z lat 1847-48 i uzyskała status pełnoprawnego, oddzielnego stanu w 1912). A dlaczego Meksyk nazywa się Meksyk? Tajemnica lasu, chciałoby się powiedzieć i po części tak jest. Istnieją bowiem co najmniej dwie szkoły.

Pierwsza głosi, że nazwa Meksyk pochodzi od imienia azteckiego boga wojny – Mexitli (bóstwo to nosiło również o wiele bardziej śpiewne imię – Huitzilopochtli). Przyrostek -co w języku Azteków oznaczał miejsce, zatem złożenie Mexico dawałoby Miejsce Mexitliego. Co jest miejscem najbardziej właściwym dowolnemu bogu? Oczywiście jego świątynia. I to właśnie świątynia miała użyczyć swej nazwy rozrastającemu się wokół niej miastu Mexico, od którego nazwano cały późniejszy kraj.

Druga z konkurencyjnych teorii brzmi mniej więcej tak: Nazwa Mexico wywodzi się z azteckich słów: metztli (księżyc), xictli (pępek, centrum tudzież syn) plus znany nam już przyrostek -co. Wtedy Mexico znaczyłoby Miejsce w środku księżyca. Dlaczego tak? Otóż jezioro Texcoco nad którym leżało Tenochtitlan (dawna nazwa miasta Meksyk) stanowi w zasadzie system połączonych, mniejszych jezior, kształtem przypominającym królika. A Aztekowie, gdy podnosili oczy na księżyc, widzieli na nim właśnie wizerunek tego zwierzęcia i królik w ich symbolice oznaczał nic innego jak naszego satelitę.

Jest jeszcze jedna teoria, naszym zdaniem najsłabsza (pewnie dlatego, że najkrótsza i w związku z tym mało przygodowa) głosząca, iż nazwa Meksyk pochodzi od imienia bogini Mectli, odpowiadającej w azteckim panteonie za urodzaj agawy amerykańskiej.

Warto może też wspomnieć, że przejście od boga/królika-księżyca/bogini do miasta prawdopodobnie nie odbyło się zupełnie bezpośrednio. Tereny wokół (i w) dzisiejszym Mexico City zamieszkiwał bowiem aztecki szczep Mexica. Pełna starożytna nazwa miasta brzmiała wówczas Mexico-Tenochtitlan co znaczyło zamieszkane przez szczep Mexica miejsce pośród kaktusów. Ta nazwa z kolei pochodzi stąd, że członkowie szczepu Mexica - prowadzeni według legendy przez naszego znajomego Huitzilopochtli - szukali wskazanego przez boga miejsca na osiedlenie, które miał im wyznaczyć orzeł siedzący na kaktusie i konsumujący węża. Coś takiego właśnie zobaczyli na wyspie leżącej na środku jeziora Texcoco i tam w 1325 roku założyli miasto – Mexico-Tenochtitlan. Co ciekawe wizerunek orła pożerającego gada widnieje do dziś na fladze i w herbie Meksyku.

P.S. A jeśli ktoś chce sobie poczytać o Huitzilopochtli,  to zapraszam.

Wpis trywialny

I oto mierzymy się z kolejnym słowem, które ma swojego bliskiego krewnego w naszym pięknym, polskim języku. Trivial - po angielsku znaczy ono: błahy, przeciętny, nieistotny, czy nawet – co może zaskoczyć najbardziej – trywialny. Po polsku – i znów posłużmy się SJP – pospolity, ordynarny, mało wyszukany, tudzież banalny i oczywisty.

Skoro w obu tych językach znaczenia i brzmienie się ze sobą zgadzają, można słusznie podejrzewać, że w sprawie maczali palce Starożytni. I słusznie. W klasycznej łacinie trivium oznaczało miejsce w którym spotykają się trzy drogi (tri-”trzy” z dodatkiem via-”droga”) Oczywiście lepszym przekładem byłoby “rozdroża”, choć tu muszę przyznać, że osobiście zawsze uważałem “rozdroża” za miejsce, w którym jedna droga dzieli się na dwie, niż za takie, gdzie spotykają się trzy. Ale być może to nieistotna różnica i winna jest tu jedna z moich pań profesor, która opowiadała mi o symbolice litery Y w pitagoreizmie.

Wracając do adremu – trivium oznaczało też skrzyżowanie - miejsce, w którym ludzie mijali się i na którym spotykali, załatwiając swoje codzienne, wynikające z biegu życia, sprawy. Stąd też i przymiotnik – trivialis - oznaczający coś banalnego, codziennego, pospolitego.

Angielski jednak, to nie łacina i kiedy nasze słowo-bohater pojawiło się w tym języku (co miało miejsce w XV wieku) oznaczało zgoła co innego. Otóż średniowieczny system kształcenia wyróżniał siedem gałęzi wiedzy dostępnych każdemu wolnemu człowiekowi. Owe siedem gałęzi dzielono na dwie – użyjmy koszarowego słownictwa – podgrupy. Pierwsza z nich, pozwolimy ją sobie nazwać Sztukami Wyzwolonymi – nazywana była właśnie trivium i składały się na nią: gramatyka, logika i retoryka.  Druga, słusznie uznana za trudniejszą i bardziej złożoną składała się z: arytmetyki, geometrii, muzyki i astronomii.  Bardziej wymagająca gałąź wiedzy zyskała sobie imię quadrivium. Obie nazwy znaczyły odpowiednio…hmm… trójdrożna i czterodrożna.  Tak czy inaczej, bardziej “humanistyczne” wykształcenie już wtedy uznane zostało za prostsze do osiągnięcia, a że angielski przymiotnik od trivium zabrzmiał trivial, to… mamy, co mamy.  Co może warto dodać, słowo trivial we współczesnym sensie  do pisanej angielszczyzny wprowadził – około stu lat po jego zastosowaniu do nauk – niejaki William Shakespeare w sztuce Henryk VI, wkładając w usta niejakiego Suffolka następujące słowa:

And yet we have but trivial argument,

More than mistrust, that shows him worthy death.

(przekład nadciągnie, kiedy dotrę do polskiego tłumaczenia) Kończę trywialnym  – Do następnego razu…

EDIT: Przekład nadciągnął, ale pomóc nam nie może:

a my nie mamy lepszych argumentów,

Na jego zgubę niż naszą nieufność (tłum. Leon Ulrich)

Omnibus

Dziś będzie o ewolucji językowej w pigułce – czyli “Jak to się robi ze słowami – Poradnik dla opornych”. Oczywiście nie będziemy teoretyzować, tylko podeprzemy się przykładem. Sięgamy na półkę z przykładami, wyciągamy słowo i sprawdzamy je w słowniku:

“Słownik języka polskiego PWN” podaje:

Omnibus

1. duży, kryty pojazd konny, używany dawniej jako środek komunikacji

2. człowiek mający dużo wiadomości z różnych dziedzin

W naszym ulubionym angielskim jest podobnie, tylko że inaczej. I właśnie tym słowem się dziś zajmiemy.

Omnibus, czego można się było spodziewać, nie zawsze znaczył to samo. Samo słowo oznacza “dla wszystkich” i jest celownikiem od łacińskiego omnes.  Pełna nazwa pojazdu – gdyż oryginalnie omnibus oznaczało wyłącznie pojazd – narodziła się we Francji – w roku (w zależności od źródła) 1819 lub 1820 – w głowie tamtejszego bankiera i polityka Jacquesa Laffitte’a (1767-1844). Brzmiała ona voiture omnibus, dosłownie “pojazd dla wszystkich”. Paryskie omnibusy zabierały od szesnastu do osiemnastu pasażerów i były niewygodne, a na dodatek niełatwe w prowadzeniu. Laffitte poszedł po rozum do głowy i zlecił angielskiemu, mieszkającemu w Paryżu, konstruktorowi powozów George’owi Shillibeerowi (1797- 1866) przeprojektowanie wehikułu. Nowe modele omnibusów pojawiły się na ulicach stolicy Francji w 1827 i odniosły wielki sukces.

Tenże Shillibeer jest osobą odpowiedzialną za wprowadzenie omnibusów do Anglii. Zapewne zarówno pojazdów jak i samego słowa. Pierwsza linia londyńskich omnibusów została uruchomiona w 1829. Były tanie, szybkie i niezwykle popularne. W jednej z londyńskich gazet, datowanej na 4 lipca 1829 czytamy:

The new vehicle, called the omnibus, commenced running this morning [4 July] from Paddington to the City.

Nowy pojazd, zwanym omnibusem, rozpoczął dzisiejszego ranka regularne kursy z Paddington do City.

Czy w tym fragmencie jest coś, co powinno zwrócić naszą uwagę? Owszem – wprawne nasze oczy zauważą od razu, że z oryginalnego voiture omnibus, Anglicy z typową dla siebie sympatią dla sąsiadów zza Kanału, usunęli francuskie słowo, pozostawiając tylko dumnie i klasycznie brzmiące, łacińskie omnibus. Praktyczny i dumny duch Imperium nie pozwolił im jednak pozostać przy starożytnej formie zbyt długo. Już w roku 1832 pojawiła się obecna forma tego słowa, czyli po prostu bus. Warto zwrócić uwagę, że z lingwistycznego punktu widzenia jest to twór dziwny nad wyraz, ponieważ ze źródłosłowu usunięto rdzeń, pozostawiając tylko gramatyczną końcówkę przypadka.

Najbardziej charakterystyczną cechą nowego, taniego środka komunikacji było to, że podróżowali nim ludzie rozmaitego autoramentu, różnych sfer (choć zapewne nie tych wyższych), zawodów itd. Pasażerów łączyło jedynie pragnienie przedostania się z jednego miejsca w inne. Ta intuicja spowodowała, że w latach pięćdziesiątych XIX wieku, słowo omnibus, zaczęło oznaczać “grupę rozmaitych rzeczy/spraw/idei zebranych razem wyłącznie dla wygody”.  Historycy brytyjskiego parlamentaryzmu znają nazwę Omnibus Bills – aktów prawnych regulujących za jednym zamachem wiele kwestii z rozmaitych, nie związanych ze sobą dziedzin życia. Omnibus box z kolei oznaczał teatralną lożę, w której miejsca wykupowało kilka obcych sobie osób. Omnibus train okazał się pociągiem zatrzymującym się na wszystkich stacjach na swej trasie.

Później zmieniło się coś jeszcze. Elektryfikacja robiła zawrotną karierę i młodszy brat omnibusa - bus zaczął oznaczać miedziany pręt lub sztabę, przewodzącą moc ze źródła do rozmaitych, zasilanych prądem urządzeń. Dzisiaj bus znany jest także informatykom jako magistrala lub szyna, ale na tym, to ja się już nie znam, więc nie wchodźmy w szczegóły.

Wraz z rozwojem mediów słowo omnibus przyjęło także (w latach dwudziestych XX wieku) znaczenie zbiorów rozmaitych tekstów, zwykle pióra tego samego autora (omnibus books), oraz – nieco później – zestawów emitowanych pod rząd odcinków seryjnych słuchowisk lub widowisk telewizyjnych (omnibus editions)

Do następnego razu.