Roztargniony pastor czyli gra półsłówek

Istnieje pewien rodzaj błędu językowego, popełnianego świadomie lub nie, którym zabawiają się zarówno Anglosasi jak i my nad Wisłą. W klasycznej formie polega on na zamianie miejscami dwóch początkowych sylab bądź dźwięków w wyrazach, przez co zyskują one nowe, humorystyczne  znaczenie. W zasadzie powinienem tu przytoczyć kilka przykładów z pięknej mowy polskiej, ale uczciwie przyznaję, iż nie byłem w stanie wymyślić żadnego samemu, a rodacy – niezwykle sprawni w tej grze – wymyślają jak się wydaje same mało przyzwoite przykłady. Dość rzec, że w naszym języku nazywamy ów błąd/zabawa nosi nazwę gra półsłówek, które to określenie jest jednocześnie grą półsłówek samą w sobie.

Tymczasem w angielszczyźnie gra półsłówek nosi nazwę spoonerism (istnieje też polskie, mało popularne słowo spuneryzm). Określenie to zawdzięczamy niejakiemu Williamowi Archibaldowi Spoonerowi (22 lipca 1844 – 29 sierpnia 1930), któremu wieść gminna przypisuje częste popełnianie owego przejęzyczenia.

Spooner -  jegomość niezwykle wykształcony, człowiek który przeszedł niemal wszelkie możliwe stopnie kariery na uniwersytecie w Oksfordzie, duchowny, wykładowca historii starożytnej, filozofii i teologii – był osobą wyróżniającą się pod wieloma względami.  Począwszy od wyglądu – był niskim albinosem o różowej twarzy, marnym wzroku i głowie nieproporcjonalnie dużej w stosunku do reszty ciała – przez intelekt, niebywałą uprzejmość i gościnność, poświęcenie obowiązkom i mądrości. Poza jednak tymi wszystkimi cechami miał też inną – otóż był niesłychanie roztargniony. Przykład? Pewnego razu podszedł do kolegi i zaprosił go na herbatę, którą zamierzał urządzić na cześć nowego pracownika wydziału archeologii, Stanleya Cassona.

- Ależ drogi panie – odpowiedział zmieszany zagadnięty – to ja jestem Stanley Casson.

- Nic nie szkodzi – stwierdził Spooner – Proszę mimo wszystko przyjść.

Innym razem, gdy jego żona (jak widać roztargnienie nie przeszkodziło mu w ożenku) zraniła się nożem w palec, znajomi na przyjęciu zapytali, czy biedaczka uszkodziła sobie rękę trwale.

- Owszem, trwale. Na pewien czas – odparł Spooner.

Zdarzało się mu również na przykład, że po rozsypaniu soli na stół, polewał ją winem dla wywabienia plam.

Pomimo tego, jak widzimy, nie ma to wiele wspólnego ze spuneryzmami czy grami półsłówek. Jeszcze jednak za życia naszego bohatera przylgnęła do niego fama osoby popełniającego podobne przejęzyczenia raz po raz, a rozrywka polegająca na ich tworzeniu, stała się popularną zabawą wśród oksfordzkich żaków. Sam Spooner nie był tą opinią zachwycony. Pewnego wieczora rozochoceni studenci zebrali się przed jego oknem i głośno domagali się, by do nich przemówił.

- Wy tu nie przyszliście wysłuchać mowy – odezwał się Spooner, otwierając okno. – Chcecie po prostu usłyszeć jedną z tych… rzeczy.

Z legendą, nawet własną, ciężko jednak wygrać i nie udało się to również naszemu uczonemu. Oto krótka lista przypisywanych mu spuneryzmów.

  • “Blushing crow” (rumieniąca się wrona) zamiast “crushing blow” (miażdżącego ciosu)
  • “A well-boiled icicle” (dobrze wygotowany sopel) zamiast “well-oiled bicycle” (dobrze naoliwionego roweru)
  • Toast wzniesiony na cześć “our queer dean” (naszego homoseksualnego dziekana)  zamiast na cześć “our dear queen” (naszej drogiej królowej)
  • Kiedy upuścił nakrycie głowy, zdziwił się: “Will nobody pat my hiccup?” (Czy nikt nie poklepie mojej czkawki?) zamiast “Will nobody pick my hat up?” (czy nikt nie podniesie mojego kapelusza?)
  • Przychodząc do dziekana Oksfordu spytał: “Is the bean dizzy?” (Czy fasolka jest wstawiona?) zamiast “Is the dean busy?” (Czy dziekan jest zajęty?)
  • Przemawiając do rolników, zwrócił się do nich “ye noble tons of soil” (Wy szlachetne tony ziemi) zamiast “ye noble sons of toil” (Wy szlachetni synowie trudu.)

Po śmierci Spoonera “Times” napisał, że “odszedł człowiek, który nie bał się rozmawiać”.

Ze spuneryzmami związana jest również pewna, szczególnie Polaków interesująca ciekawostka. Otóż spoonerism ma po angielsku jeszcze jedną nazwę – marrowsky. Słowo to polskiemu uchu od razu wydaje się znajome i rzeczywiście, istnieje wersja wedle której wywodzi się od nazwiska pewnego polskiego hrabiego, znanego w kręgach londyńskiej socjety.  W roku 1923, w lingwistycznym kwartalniku oksfordzkim “Notes and Queries”, pojawiła się sugestia iż szlachcicem tym miał być niejaki Józef Boruwłaski (1739 – 1837),*   mierzący sobie 71 centymetrów karzeł, znany także jako Joujou, osoba zapewne niskiego pochodzenia (tytuł hrabiego był wśród polskiej szlachty zakazany), znana na kilku europejskich dworach. Tezy tej jednak nie udało się nigdy potwierdzić, podobnie jak nie ustalono kim mógł w istocie być tajemniczy hrabia Marowski.

——-

* – osobom władającym angielskim polecam lekturę anglojęzycznego artykułu na temat Borusławskiego, zabawna historia.

Opera mydlana

Nieco zaspałem, ale kto nie popełnia błędów. Zamiast więc się nędznie tłumaczyć… No właśnie. Istnieje gatunek produkcji telewizyjnych, których bohaterowie bezustannie coś tłumaczą. A to dlaczego nie mogą odwieźć Grażynki do pracy, a to z jakiego powodu nowa szkoła Jasia jest świetna, czy wreszcie dlaczego z Anną nie da się żyć, a z Karoliną ułoży się wręcz przeciwnie… Przywykliśmy – kalkując z angielskiego – nazywać owe produkcje operami mydlanymi (ang. soap operas).

Kiedy byłem małym chłopcem wymyśliłem sobie, że nazwa wzięła się stąd, iż seriale o których tu mowa oglądają przede wszystkim panie domu, wykonujące przy okazji swe rozliczne obowiązki, między innymi pranie… Wpadają do salonu ze spienionymi od mydlin rękami i słuchają kolejnych wyznań (i tłumaczeń) bohaterów… Rzeczywistość jest jednak nieco inna.

Aczkolwiek w dzisiejszych czasach kojarzymy opery mydlane głównie z telewizją, ich początek miał miejsce w radiu. Do lat 20-ych XX wieku (wciąż nie mogę przywyknąć do tego,  że obecnie wypada dodawać “XX wieku”) publiczność chętnie i zwyczajowo włączała swe odbiorniki wieczorami. Właściciele stacji nie byli jednak pewni, jak wielu ludzi słucha ich rozgłośni w ciągu dnia. Wiedzieli jedynie, iż dzienna publiczność składała się w przeważającej mierze z kobiet, które podówczas niezbyt często pracowały poza domem. Jedynym, jak się to dziś nieładnie mówi, modelem rynkowym było nadawane od 1926 roku słuchowisko “Amos and Andy”, opowiadające o perypetiach dwóch Murzynów z południa USA, których los rzucił do Chicago. Radiowy cykl okazał się niezwykle zyskowny dla swego sponsora, producenta pasty do zębów Pepsodent. To skłoniło specjalistów od marketingu do podejrzeń iż podobne, codziennie emitowane cykle mogą przyciągać liczne grono słuchaczy.

Pierwszym dziennym serialem (daytime serial) jak wówczas ów gatunek nazwano był “The Goldbergs” (Goldbergowie) pojawiający się na antenie od 1929 roku, aczkolwiek historycy radia stwierdziliby zapewne, iż był to pierwszy sitcom (być może kandydat na kolejny wpis?), podczas gdy pierwszą operą mydlaną były tak naprawdę “Painted dreams” (Malowane sny) wyemitowane rok później. Oba słuchowiska okazały się zyskownymi przedsięwzięciami i w ten sposób walec potoczył się po równi pochyłej. Obrodziło ich klonami, “serialami” takimi jak “Myrt and Marge” (Myrt i Marge), “Ma Perkins” (Mamuśka Perkins), czy “The Romance of Helent Trent” (Romans Heleny Trent). Wszystkie stały się trwałymi elementami radiowego krajobrazu, zyskując sobie miliony słuchaczy.

Oto jak pisał o nich dziennikarz i satyryk “New Yorkera” James Thurber w roku 1948:

Operę mydlaną można uznać za rodzaj kanapki, której sporządzenie nie jest trudne, lecz świat musiał czekać całe lata na jego wynalezienie. Oto i on: weź grube pajdy reklamy, posmaruj je dwunastoma minutami dialogów, dodaj w równych ilościach kłopoty, nikczemność i kobiece cierpienie, dorzuć szczyptę szlachetności, skrop łzami, dopraw muzyką organową, polej sosem szumnej zapowiedzi i serwuj pięć razy w tygodniu.

“New Yorker” 15 maja 1948.

Co dość oczywiste, reklamy otaczające owe dzienne seriale wykupowali przede wszystkim wytwórcy artykułów gospodarstwa domowego. Najwięcej pieniędzy wykładała firma “Procter & Gamble”, produkująca mydło “Ivory”. Budżet reklamowy spółki na rok 1931 przewidział na reklamy radiowe bez mała pół miliona dolarów (uwaga dla młodszych czytelników: w tamtych czasach dolar był czymś w rodzaju boga pieniędzy i żadna inna waluta nawet nie myślała o tym, by mu podskoczyć). Krytycy nowo powstałego gatunku często i trafnie wyrzucali, iż owe słuchowiska istnieją jedynie po to by reklamować mydło. Jak dodał James Thurber:

Nadzieją każdego z reklamodawców jest wytworzyć w każdej gospodyni domowej nawyk słuchania tych opowiastek, których optymalnym czasem emitowania byłaby wieczność i jednocześnie nasączyć ich umysły cudownością oferowanego produktu, po to by pamiętała o nim każdego dnia i szeptała jego nazwę przez sen.

Stąd więc, kilka lat po pierwszych tego rodzaju słuchowiskach,  pojawiło się określenie opera mydlana. Były także inne, takie jak “washboard weepers” (hmm… Wyciskacze łez nad tarą) czy “dishpan dramas” (Dramaty w balii).

Mydło to jednak tylko część nazwy. Z operą sprawa nie jest równie oczywista. Być może nazwano te słuchowiska w ten sposób dlatego, iż – mimo, że oba gatunki ukazują ludzi przeżywających nadmiernie rozpalone uczucia – opery mydlane były całkowitym przeciwieństwem tych tradycyjnych.

Okazuje się jednak, że termin opera został zapożyczony z kpiarskiego określenia innego popularnego gatunku – westernu. Westerny, przynajmniej od 1923 roku określano mianem “horse operas” (końskich oper). Także i to pojęcie nie było oryginalne, gdyż po raz pierwszy zastosowano je niemal stulecie wcześniej (zarówno w Anglii jak i Stanach) do publicznych pokazów konnych. Oto, zaczerpnięte z Londynu, pierwsze jego zachowane wystąpienie:

P. Laurent zarezerwował dla siebie deski teatru Covent Garden i ma zamiar rozpocząć swą działalność od Julliena i jego ogrodów kwiatowych oraz potwornych kadryli. Mówi się, że po ostatecznym upadku ery Julliena, dostaniemy albo pokazy końskiej tresury albo niemiecką operę; nie do końca jednak wiadomo, czy zaszczycą nas rumaki czy panowie (oryg. Herrs or horses). Obawiamy się, że opera niemiecka na siebie nie zarobi, i mamy jednocześnie nadzieję, że opera końska ten los podzieli.

“The Age and Argus” 31 sierpnia 1844

Czasopismo “The Age and Argus” wiele razy kpiło z monsieur Julliena, francuskiego dyrygenta który tworzył proste lecz popularne przedstawienia muzyczne takie jak “Angielski kadryl” czy “Zniszczenie Pompejów” w których pojawiały się, jak zanotował inny dziennikarz: “trzask broni palnej, błyszczące czerwone i niebieskie światła, teatralne grzmoty i wygaszanie gazu (świateł – przyp. ja), które wszystkie wprawiały publikę w ekstazę”.

Oto i cała tajemnica, jeśli nie wyjaśniona, to przynajmniej przybliżona. Do następnego razu, miejmy nadzieję wkrótce.

Krwawa Mary

Ani się obejrzałem, a niepostrzeżenie nadeszła piękna wiosna. Czas więc wyrwać się z zimowego odrętwienia, zrzucić grube kurtki i buty i zająć się świętowaniem tej pięknej pory. A ponieważ można świętować bez napojów procentowych, ale rząd nie wprowadził jeszcze takiego obowiązku, zaproponuję wam dziś po szklaneczce Bloody Mary, czyli “krwawej Mary”, lub nawet bardziej swojskiej Marysi.

Sam drink  składa się jak zapewne większość z nas wie (lub pamięta) z wódki i soku pomidorowego, z dodatkami, którymi mogą być sos tabasco, sos Worcestershire, pieprz, sól, oliwki, seler, chrzan, sok cytrynowy lub nawet bulion (też się zdziwiłem).

Historią ów napój sięga pierwszej połowy XX wieku. Niestety jednak, jak w przypadku wielu przełomowych wynalazków w dziejach ludzkości,  także i ten nie ma jednego ojca. Autorem pierwszej krwawej Mary był francuski barman Fernand Petiot (1900-1975) pracujący w paryskim barze “Harry’s New York Bar”, ulubionym miejscu spotkań Amerykanów i innych obcokrajowców, zwłaszcza z kręgów artystycznych. Przy kontuarze Petiota pojawiali się m. in. Ernest Hemingway, Rita Hayworth, Humphrey Bogart, bokser Jack Dempsey oraz Coco Chanel. Wynalazku Francuz dokonał na początku lat 20-ych, zainspirowany narzekaniami zagranicznych gości na brak ostrzejszego w charakterze drinka.

Niemniej sam Petiot przyznał w 1964 roku, iż tworząc kompozycję, inspirował się drinkiem wymyślonym przez amerykańskiego aktora, konferansjera i komika George’a Jessela (1898 – 1981) o którym w ramach ciekawostki można dodać, iż był kochankiem m. in naszej Poli Negri.  Różnica między napojami polegała jednak na tym, że Jessel pijał krwawą Mary w wersji – pół wódki, pół soku pomidorowego, czyli bez przypraw i innych dodatków.

Skąd jednak wzięła się nazwa? Otóż Petiot opowiadał, iż w Chicago istniał bar o nazwie “Bucket of Blood” (“Wiadro krwi”) i pracowała tam kelnerka, zwana z powodu swego charakteru właśnie Bloody Mary. Niektórzy historycy drinków (tak, są też i tacy) twierdzą z kolei, iż nazwa ta odnosi się do – równie “ostrej”-  aktorki Mary Pickford (1892-1979). Te dwie panie nie wyczerpują jednak wszystkich krwawych Marysiek w historii. Przydomek ten nadawano często (wiele egzekucji na koncie) angielskiej królowej Marii I. Istnieje też pewna mityczna Bloody Mary. To wiedźma/zjawa, pojawiająca się w lustrze po trzykrotnym wypowiedzeniu jej imienia. W niektórych wersjach, wywołujący owego ducha powinien powiedzieć “Krwawa Mary, zabiłem twoje dziecię” – tak czynią ci, którzy uważają, iż Bloody Mary była młodą kobietą, która oszalała i popełniła samobójstwo, po tym jak uprowadzono jej dziecko.

Inni natomiast wierzą, że Mary – pełne nazwisko Mary Worth – była kobietą niesłusznie oskarżoną o zabójstwo swoich pociech i straconą (wtedy wywołuje się ją mówiąc przed zwierciadłem: “Wierzę ci, Mary Worth”). Nie jest natomiast pewne, po co ktokolwiek miałby ową Mary wywoływać, gdyż zjawa pojawiając się często morduje petentów (np wyrywając im twarz) lub wciąga na drugą stronę lustra, a jeśli nawet uda się komuś to spotkanie przeżyć, krwawa mama będzie go nawiedzać po kres życia.

Jak dotąd nie powiedzieliśmy ani słowa o etymologii. Pominiemy sprawę imienia i spójrzmy na moment na historię słowa blood (krew). W staroangielskim słowo to brzmiało blod i przyszło z protogermańskiego blodam, wywodzącego się z kolei z praindoeuropejskiego rdzenia bhloto – oznaczającego puchnąć, tryskać, bić strumieniem – odnoszącego się do “tego, co wypływa z rany”. Nasza polska krew pierwotnie miała podobny sens, tak jak i łacińskie cruor (również początkowo tylko “krew na zewnątrz”) i dopiero potem zaczęła oznaczać “to, co płynie w żyłach”. Fachowcy przypisują to przesunięcie sensu zanikaniu tabu, zakazującego nazywania tak ważnej dla życia substancji.

Aby zakończyć mniej krwawym, a bardziej wesołym akcentem, dodam że wspomniany wyżej barman Petiot wygrał kiedyś konkurs picia piwa z wynikiem 2 litry w 46,5 sekundy.

Czerwona wyspa

Nie, to nie będzie wpis traktujący o polityce gospodarczej i kryzysie. Jedną z korzyści grzebania się w słowach jest właśnie to, że można od map, premierów i kolorów odpocząć. Dziś kontynuujemy etymologiczną podróż po Stanach Zjednoczonych i trafiamy do stanu, który naraz nosi najdłuższą oficjalną nazwę i posiada najmniejsze terytorium ze wszystkich stanów USA. Panie i panowie, jesteśmy w Rhode Island.

Pełna nazwa stanu, właśnie ta najdłuższa, brzmi Rhode Island and Providence Plantations. Wzięła się z połączenia w jeden organizm dwóch angielskich kolonii: Rhode Island zostało założone na wyspie Aquidneck, największej spośród kilku wysp w zatoce Narrangassett, a Providence Plantations powstało pod okiem niejakiego Rogera Williamsa (do którego wrócimy poniżej) na obszarze dzisiejszego miasta Providence.

Fachowcy językowi i historycy nie mają pewności w jaki sposób wyspa Aquidneck zyskała sobie miano Rhode Island. W roku 1524, Giovanni de Verrazzano (zapomniany włoski podróżnik i odkrywca w służbie króla Francji, na zakończenie swych podróży zjedzony zresztą przez tubylców na Gwadelupie) zapisał, iż u ujścia zatoki Narrangasett znajduje się wyspa, której wygląd porównał do Rodos (ang. Rhodes). Nie do końca wiadomo, którą z wysp miał na myśli, aczkolwiek kolonizatorzy, zasiedlający potem te tereny uznali, że chodziło o wyspę Aquidneck. Pierwsze znane użycie nazwy Rhode Island datowane jest na 1637 i przypisywane Rogerowi Williamsowi (do którego wrócimy poniżej). Wyspa została oficjalnie nazwana w ten sposób w roku 1644, choć jeszcze w 1646 pojawił się dokument określający ją jako “Isle of Rhodes” (Wyspa Rodos).

Innym możliwym źródłem pochodzenia nazwy Rhode Island jest – nazwijmy ją – “teoria holenderska”. Otóż obywatel niderlandzki, przedstawiciel ówczesnej prywatnej inicjatywy (czytaj: handlarz bądź kupiec) i podróżnik Adriaen Block, opisał w 1614 roku pewną  “wyspę koloru czerwonego” (w XVII wiecznym holenderskim – “een rodlich Eylande”). Holenderskie mapy z 1659 nazywają ową wyspę “Roode Eylant” czyli po prostu Czerwoną Wyspą.  Istnieje więc możliwość, iż nazwę ukuli Holendrzy (być może sam Block) odnosząc się bądź to do czerwonych jesienią liści, bądź widocznej na brzegu czerwonawej gliny.

Może warto dodać, że w przeciwieństwie do Verrazzano, Block zmarł spokojnie w 1627 roku i został pochowany u boku kochającej żony w Amsterdamie, w kościele Oude Kerk (jedyne zmartwienie może budzić fakt, że kościół ten znajduje się w centrum słynnej Dzielnicy Czerwonych Latarni, w związku z czym życie pozagrobowe Blocka…)

Ale nie rozdrabniajmy się. Chyba już dwukrotnie obiecywałem, że napiszę więcej o niejakim Rogerze Williamsie. Podobnie jak niektóre znane nam już postacie z wczesnych dziejów USA był dzieckiem w miarę zamożnego człowieka (w tym wypadku kupca) który podczas studiów (w tym wypadku na Cambridge) przeszedł na purytanizm.

Na emigrację do Nowego Świata zdecydował się nie jak pierwsza fala jego braci w wierze w 1630, lecz rok później. Gdy wreszcie przybył do Ameryki, niemal natychmiast otrzymał propozycję – był osobą znaną w tzw. klimatach – objęcia pozycji pastora w kościele w Bostonie. Odmówił, twierdząc że kościół ten nie należy do kościołów “odseparowanych” (od państwa) co pozostawało w zgodzie z jego głównymi tezami religijnymi – wolnością wyznania i rozdziałem kościoła od państwa. To właśnie Williams był pierwszą osobą, piszącą o konieczności wzniesienia “wysokiego muru” pomiędzy “ogrodami Chrystusa” a “dziką pustynią świata”, co ostatecznie zaowocowało Pierwszą Poprawką w konstytucji USA, zapewniającą swobodę dowolnego wyznania.

Po jakimś czasie – będąc osobą uzdolnioną językowo; znał łacinę, hebrajski, grekę, holenderski i francuski – na tyle poznał mowę Indian (oraz ich samych) iż zaczął twierdzić, że angielscy koloniści nie mają prawa do amerykańskich ziem, o ile nie kupią ich od tubylców.  W tej sprawie atakował nawet samego króla Jakuba.  Te i podobne opinie doprowadziły go w efekcie w 1635 roku do wygnania z Salem, w którym wówczas mieszkał i nauczał.

Nie ma tu miejsca by opisać jego dalsze losy. (Osoby ciekawe i władające angielskim mogą zajrzeć do wyczerpującego artykułu o nim w Wikipedii) Ważny dla nas jest za to fakt, iż założył wspomnianą już kolonię zwaną Providence Plantations, a potem przemianowaną przez niego samego na Rhode Island, gdzie tolerował i chronił przedstawicieli tak różnych wyznań i religii jak baptystów, kwakrów i żydów.

Słowa niekiedy powstają w smutku

Jeśli zdarzy się komuś z Was odwiedzić Warszawę, a w szczególności przechodzić obok budynku przy ulicy Kredytowej 6, warto zadrzeć nieco głowę. Można tam zobaczyć tablicę upamiętniającą niejakiego Rafała Lemkina. Dlaczego to postać ważna? Z co najmniej kilku powodów, z których jednym jest stworzenie słowa – angielskiego co prawda – ale takiego, które niestety zrobiło oszałamiającą karierę i w innych językach.

Rafał Lemkin urodził się  24 czerwca 1900 roku w żydowskiej rodzinie we wsi Bezwodne, nieopodal dziś białoruskiego miasta Wołkowysk. Dzięki matce-intelektualistce, osobie parającej się malarstwem, lingwistyką i studiami filozoficznymi od małego miał dostęp do bogatego księgozbioru, z którego skorzystał między innymi w taki sposób, że w wieku czternastu lat posługiwał się już dziesięcioma językami. Skończył średnią szkołę handlową w Białymstoku, a potem podjął studia prawnicze na Uniwersytecie Jana Kazimierza we Lwowie, gdzie – jako młody adept prawa – zainteresował się przede wszystkim pojęciem zbrodni. To warto zapamiętać. Po jakimś czasie przeniósł się do Heidelbergu w którym studiował filozofię, aż wreszcie wrócił do Polski i zaczął pracować jako prokurator.

Od wczesnej młodości słyszał o wstrząsających co najmniej częścią ówczesnej opinii publicznej masowych mordach. Dokonana przez Turków rzeź Ormian, pogromy Żydów, dokonana przez rząd iracki w roku 1933 rzeź Asyryjczyków (w której w 63 wioskach zginęło około 3 tysiące osób)…  W tym samym nieszczęśliwym 1933 roku przedstawił Radzie Prawnej Ligi Narodów esej, w którym przedstawiał tak zwaną “zbrodnię barbarzyństwa” (taki tytuł nosił tekst) jako jedno z naruszeń prawda międzynarodowego. Rok później, ulegając naciskom polskiego ministra spraw zagranicznych Józefa Becka – związanym zresztą z owym wystąpieniem (w tamtym czasie Żydzi masowo opuszczali Niemcy, a Beckowi zależało na poprawie  sąsiedzkich stosunków)  ustąpił z posady publicznej i podjął karierę prywatnego adwokata.

Kilka lat później wybuchła II Wojna Światowa. Lemkin uszedł z oblężonej Warszawy z rannym biodrem i przez Szwecję (gdzie również wykładał) dotarł w 1941 do Ameryki. Tam pracował i uczył na kilku uniwersytetach i napisał tekst zatytułowany “Military Governement in Europe” (“Wojskowe rządy w Europie”) – to była pierwsza wersja eseju, dzięki któremu pamiętamy go do dziś. Dopiero bowiem w 1944 ukazała się praca Lemkina zatytułowana “Axis Rule in Occupied Europe” (“Rządy Osi w okupowanej Europie”). I tu właśnie pojawia się po raz pierwszy w dziejach słowo genocide - ludobójstwo. Sklejone z greckiego genos (rasa, szczep) i łacińskiego przyrostka cidiu (zabijanie). Ale oddajmy głos autorowi:

Przez “ludobójstwo” rozumiemy zniszczenie narodu bądź grupy etnicznej. To nowe słowo (…) Ogólnie rzecz ujmując, ludobójstwo nie oznacza koniecznie bezpośredniego zniszczenia narodu, o ile nie jest dokonane poprzez masowe mordy na członkach danej grupy etnicznej. Nowe pojęcie ma raczej oznaczać skoordynowany plan, zawierający w sobie działania rozmaitego rodzaju, zmierzające do skruszenia najważniejszych podstaw istnienia danej grupy, zmierzających do uniemożliwienia jej dalszego istnienia.


Po wojnie, w trakcie procesów norymberskich, Lemkin współpracował z Robertem Jacksonem, głównym oskarżycielem z ramienia USA, został również doradcą prawnym Sądu Najwyższego tego samego kraju. Całą resztę życia poświęcił swej idei penalizacji stworzonej przez siebie kategorii zbrodni (w trakcie procesów norymberskich nie była jeszcze uznawana i podsądni odpowiadali za “zbrodnie przeciwko ludzkości”. Swego dopiął 9 grudnia 1948 roku, kiedy to podpisano “Konwencję ONZ w sprawie Zapobiegania i Karania Zbrodni Ludobójstwa”.

Oskarżyciel z Bezwodnego zmarł 28 sierpnia 1959 roku.

Rodzaj samosądu…

Słownik PWN definiuje lincz jako: rodzaj samosądu, polegający na zabiciu przez tłum osoby posądzonej o przestępstwo.  Z tego samego źródła dowiadujemy się, że wyraz ten możemy zgodnie z kanonami polszczyzny zapisywać jako lynch, co od razu kieruje naszą uwagę na angielskie pochodzenie słowa.

Skąd więc się wzięło?

Popularna w anglojęzycznych krajach wersja wydarzeń brzmi mniej więcej tak: W roku 1493 burmistrz miasta Galway – James Lynch FitzStephen – powiesił własnego syna na futrynie hotelowego okna, za to, że syn ów zamordował młodego Hiszpana, ewentualnego konkurenta do łożnicy pewnej młodej damy. Do dziś w irlandzkim Galway można obejrzeć wspomniane okno, a nawet zadumać się nad pamiątkową tablicą. Niestety jednak, okazuje się iż powyższa historyjka jest jedynie wymysłem któregoś z właścicieli hotelu, obdarzonych wyjątkową smykałką do (etymologicznego) marketingu.

Lynch, to skrócone lynch law (prawo Lyncha) – oznaczające możliwość ukarania podejrzanego bez uciekania się do wyrafinowanych procedur sądowych. Wszelkie dostępne dowody wskazują na amerykańskie (bo jakżeby inaczej?) pochodzenie tego słowa. Cofnijmy się w czasie i przenieśmy w przestrzeni do Virginii lat osiemdziesiątych, XVIII stulecia. To czasy tak zwanej rewolucji amerykańskiej , czy – posługując się bardziej europejskim językiem – amerykańskiej wojny o niepodległość.

Nawet jednak po trudach tej podróży napotkamy wątpliwości. Spotkać bowiem możemy dwie osoby, których nazwisko kojarzone jest z tak wygodną metodą osądzania i wymierzania sprawiedliwości. Pierwsza z nich to kapitan William Lynch z hrabstwa Pittsylvania, drugą pułkownik Charles Lynch z hrabstwa Bedford.

Kapitan William Lynch twierdził, że wyrażenie lynch law pochodzi ze spisanej w 1780 roku umowy sąsiedzkiej, głoszącej między innymi iż prawo w ich hrabstwie pozostanie niezależne od zewnętrznych kodeksów i ustawodawstwa. Tekst owej umowy został opublikowany w piśmie Southern Literary Messenger z  maja 1836 roku. Fachowcy jednak powątpiewają w autentyczność dokumentu, tym bardziej że osobą decydującą o zawartości Southern Literary Messenger był znany skądinąd Edgar Allan Poe – znany nie tylko z “Kruka” ale i z wielości prowokacji i zmyśleń, jakich dopuścił się w swym krótkim, za to owocnym życiu.

Na szczęście zostaje nam jeszcze rzutki pułkownik Charles Lynch, plantator i żołnierz, cechujący się na dodatek wyjątkową niechęcią do lojalistów – pamiętajmy, że trwa wojna z Anglikami. W 1782 roku oficer ten uznał, iż nie ma się co bawić z wiernymi Anglii i sprzeciwiającymi się rewolucji osadnikami i sam zajął się ich osądzaniem. Samodzielnie i bez odpowiedniego procesu wydawał wyroki pozbawienia majątku, chłosty lub skazywał na przymusowe wstąpienie do armii amerykańskiej (choć to ostatnie zamieniał niekiedy na podpisanie odpowiedniej lojalki). Co więcej, wszystkie jego decyzje zostały uprawomocnione przez Zgr0madzenie Ogólne Virginii jeszcze w tym samym roku. Sam po raz pierwszy użył sformułowania Lynch’s Law w liście do niejakiego Williama Hay z dnia 11 maja 1782.

Spory trwają w zasadzie od tamtego czasu, zwłaszcza w kwestii kar wymierzanych przez działające “obok” prawa grupy rewolucjonistów. Ponoć w owym gorącym czasie nie zginął nikt, jedynymi wyrokami miały być kary więzienia lub grzywny. To jednak, czy na mocy prawa Lyncha (dowolnego z obu dżentelmenów) zabito kogokolwiek czy nie, pozostaje w gestii historyków.

Lynch law stało się powszechnie zrozumiałym określeniem po roku 1810. Nie zawsze jednak było wiadomo, co tak naprawdę oznacza. Zakres obejmował właściwie wszystko, od chłosty do wieszania. Pierwsze wystąpienie drukiem miało prawdopodobnie miejsce w satyrycznym artykule z The New England Magazine z pażdziernika 1835 pt. “Niedogodności związane z objęcia prawem Lyncha” w którym narrator cierpi umazany w smole i pierzu wskutek podejrzeń o sprzyjanie abolicjonistom.

Warto może zwrócić uwagę, że lynch zaczął oznaczać wieszanie murzynów przez białych, dopiero po amerykańskiej wojnie domowej.

Merry Christmas raz jeszcze

Wesołych Świąt wszystkim zaglądaczom! Wszystkiego dobrego i cierpliwości przede wszystkim, jakże potrzebnej w oczekiwaniu na kolejny mój wpis…

Po angielsku życzyłbym Wam Merry Christmas, ale to zapewne wie każde dziecko (może nawet bardziej dziecko, niż jego babcia) więc nad samym zwrotem nie będziemy się zatrzymywać. Choć nie do końca. Przyjrzyjmy się pierwszemu słowu tych tradycyjnych, anglosaskich życzeń .

Merry obecnie znaczy wesoły, radosny. Niekiedy też, w raczej nieformalnych sytuacjach – podchmielony. O innych kontekstach, w których możemy obecnie spotkać ten wyraz pisałem już pokrótce w 2007 roku i kto chce, niech sobie odświeży. Nie napomknąłem jednak wtedy słowem o etymologii. A okazuje się ona dość ciekawa.

Merry wywodzi się ze staroangielskiego myrige, które podobnie oznaczało miły, przyjemny. Myrige zresztą spokrewnione było ze staroangielskim odpowiednikiem współczesnego mirth - wesołość, rozbawienie – którego niestety nie mogę Wam przedstawić, bo nie udało mi się dotąd znaleźć odpowiedniej czcionki do WP, która miałaby staroangielskie znaki. Poszukiwania trwają.

Skąd jednak samo myrige? Otóż specjaliści z samego Oksfordu utrzymują, iżjego źródłem jest protogermański rdzeń murgijaz, oznaczający krótkotrwały. W starowysokoniemieckim znajdujemy słowo murg - krótki, a w języku Gotów trafiamy na czasownik gamaurgjan - skracać.

Na pierwszy rzut oka wydawać się może, iż to bardzo odległe znaczenia. Przypomnijmy sobie jednak staropolską mądrość ludową “wszystko co dobre, prędko się kończy”  lub inne refleksje typu “w miłym towarzystwie czas upływa niepostrzeżenie”, “na zabawie czas mija szybko”. Germańscy przodkowie Anglików widzieli tę przypadłość przyjemnostek życia aż nazbyt wyraźnie (co zresztą w świecie, w jakim przyszło im żyć musiało być łatwiejsze niż dziś) i uznali, że wszelkie radości i frywolności mają tylko jedną wspólną cechę – sprawiają, że skraca się czas. Na poparcie tej teorii podaje się przykład niemieckiego Kurzweil - rozrywka, dosłownie oznaczającego właśnie krótki czas.

W średnioangielskim merry zyskało kolejne – poza “rozrywkowymi” – znaczenia. Merry stał się więc przyjemny dźwięk zwierzęcych głosów, merry była dobra pogoda, ludzie nosili ładne ubrania, które także były merry. Pod koniec XIV stulecia pojawili się merry-men, czyli towarzysze lub członkowie świty rycerza (od razu widać, czym się rycerstwo zajmowało w towarzystwie). Merry-bout w angielskim slangu od 1780 roku oznaczało ten rodzaj rozrywki (w parach lub innego rodzaju podgrupach), o którym dorośli niechętnie opowiadają dzieciom. Merry-begot, które pojawiło się pięć lat później oznaczało nieślubnego potomka, bękarta, a z kolei mianem Merry Monday określano w XVI wieku poniedziałek przed ostatkami.

Koniec końców jednak najważniejsze jest, żeby się dzisiejszą Wigilią nacieszyć, ponieważ zanim na dobre zdążymy się rozsiąść, będzie już po niej.

Wesołych (i jak najdłuższych) Świąt!

P.S. Autor serdecznie dziękuje wszystkim, którzy życzenia mu złożyli już, a także tym, którzy dopiero zechcą to uczynić. Oby nam się!

Pennsylvania

Co prawda Torlin już dawno temu rozpracował znaczenie nazwy stanu Pensylwania (ang. Pennsylvania) ale obowiązek pozostaje obowiązkiem i coś napisać trzeba.

Niejaki William Penn (1644 – 1718) był młodzieńcem zarówno – jak większość dorastających chłopców – kwestionującym zastany porządek świata, jak i emocjonalnym. Jego akurat emocjonalność polegała na kwestionowaniu prawd wiary anglikańskiej i poszukiwaniu własnej drogi duchowej. Rozpoczął studia na Oksfordzie, lecz wraz z grupą znajomych został z owej uczelni usunięty, gdyż głośno protestował przeciwko zasadzie, w myśl której wszyscy studenci powinni być anglikanami. Ojciec Penna, szacowny admirał marynarki, chcąc nie chcąc wysłał Williama w podróż po Europie, z której ponoć wrócił spokojniejszy i bardziej wyważony. W nagrodę papa posłał synalka do Irlandii, by dopilnował tam rodowych włości. I wszystko byłoby dobrze, a William stałby się może przykładnym dziedzicem, gdyby nie Thomas Loe – kwakierski kazdnodzieja – który niemal natychmiast nawrócił młodego Penna na nowe wyznanie.  Ponoć pan admirał, dowiedziawszy się o konwersji potomka, doznał ciężkiego nerwowego ataku.  Atak ów skutkował w wydziedziczeniu potomka i wyrzuceniu go z rodzinnego domu.

Tymczasem w Anglii prześladowania kwakrów (a także wszystkich innych nie anglikańskich wyznań) nabierały na sile. Penna to nie zrażało – może nawet motywowało. Stał się jednym z głównych teologów i prawnych obrońców tego odłamu chrześcijaństwa. Doznał wielu nieprzyjemności, trafił przed sąd i został uwięziony. Zamieszania było co niemiara, ale dzięki talentowi i inteligencji (to taki sprytny skrót, pozwalający mi nie wdawać się tu w szczegóły) wyszedł z nich obronną ręką. Co więcej, pogodził się z umierającym ojcem, wskutek czego decyzja pana admirała o wydziedziczeniu została wycofana.  Mimo wszystko, sytuacja kwakrów nie była dobra i Penn wystąpił z pomysłem masowej emigracji swych braci w wierze do Nowego Świata. Niektórzy z nich już mieszkali w Ameryce, choć byli tam skonfliktowani z miejscowymi purytanami niemal tak ostro jak w Anglii z anglikanami. W latach 1677 i 1682 kwakrowie zakupili ziemie najpierw zachodniego, a potem wschodniego Jersey (dzisiejszy stan New Jersey).

Wskutek – znów zgrabny zwrot – być może osobistej sympatii, a możliwe że i talentów Penna (i ku ogromnemu zaskoczeniu głównego zainteresowanego) król Anglii Karol II podarował młodemu gniewnemu ogromną ilość ziemi, czyniąc go tym samym największym na świecie prywatnym posiadaczem ziemskim. Otrzymał 120 000 kilometrów kwadratowych terenów na południe od New Jersey i na północ od Maryland, wraz z pełnomocnictwami gwarantującymi mu całkowitą dowolność prawno-ustrojową w ramach owego terytorium, z wyjątkiem prawa do wypowiadania wojny i zawierania pokoju.  W zamian korona zapewniła sobie prawo do jednej piątej wpływów z wydobycia złota i srebra wydobywanego w nowej prowincji (złóż tych metali prawie tam nie było) i zlikwidowany został dług króla Karola (zaciągnięty jeszcze u starego admirała Penna) w wysokości 16 000 funtów.

Te właśnie ziemie stały się Pennsylvanią. Sam Penn – jako że teren był dziki i nieucywilizowany – zamierzał nazwać prowincję Sylvanią – krainą lasów – lecz król uparł się przy wersji Pennsylvania, przekonując Penna (który jako kwakier nie chciał przystać na tak egoistyczną nazwę) że będzie to właściwe uhonorowanie zmarłego ojca – admirała.

Ot i cała historia – może nie cała, bo ciekawe są również losy “świętego eksperymentu” jak Penn nazywał zakładanie kwakierskiego “państewka”, ale to wykracza już znacznie poza zakres naszych etymologicznych obowiązków.

Sabotaż

Sabotaż, to wedle encyklopedii PWN:  dezorganizowanie pracy przez jej umyślne niewykonanie lub wykonywanie wadliwe, a także przez uszkadzanie i niszczenie zakładów oraz urządzeń o znaczeniu gospodarczym. To samo źródło podaje, że słowo trafiło do naszego języka z francuskiego sabotage. Identycznym słowem posługują się Anglosasi i – o niespodzianko – także i do nich trafiło ono z mowy Balzaka i Zinedine’a Yazida Zidane’a.

Popularne wyjaśnienie sugeruje, iż nazwa tego niecnego zachowania wzięła się stąd, iż francuscy (lub holenderscy) robotnicy, chcąc zaszkodzić nielubianemu pryncypałowi, wciskali w tryby maszyn drewniane chodaki – saboty – przez co wspomniane tryby pękały, urządzenia zatrzymywały się i złowrogi fabrykant miał za swoje.

Otóż sprawa ma się nie do końca tak, choć istotnie i saboty i ruch robotniczy mają z sabotażem nieco wspólnego.

John Spargo, angielsko-amerykański pisarz, socjalistyczny aktywista i dziennikarz (a także historyk stanu Vermont i specjalista od ceramiki) w swojej książce “Syndykalizm, ruch związkowy i socjalizm” (1913) pisze, iż francuskie sabotage zostało ukute w latach dziewięćdziesiątych XIX stulecia przez anarchistę Emile’a Pougeta. Po raz pierwszy w dziejach miało się pojawić pismem w raporcie który Pouget wraz ze swym kolegą, również anarchistą Paulem Delassalem przedstawił w roku 1897 kongresowi Powszechnej Konfederacji Pracy w Tuluzie. W dokumencie tym wskazywali, iż francuscy robotnicy, walcząc o swoje słuszne prawa, powinni stosować taktykę spowalniania i utrudniania pracy, którą z powodzeniem wprowadzili już w życie koledzy z Anglii.

Anglicy nazywali tę metodę walki Ca’Canny – był to szkocki kolokwializm, według Spargo oznaczający działać powoli lub robić tak, by się nie narobić. Pouget, który potrzebował francuskiego odpowiednika użył właśnie rzeczownika sabotage, który oparł na czasowniku saboter, pierwotnie oznaczającym stukanie drewnianymi chodakami. Dlaczego? Spargo pisze, że na francuskiej wsi często porównywano powolnego i niezdarnego pracownika do osoby noszącej saboty, jako poruszającej się niezdarnie w porównaniu z ludźmi korzystającymi z nowoczesnego, skórzanego obuwia.

W języku angielskim jako pierwsze wystąpienie słowa sabotage słowniki podają artykuł (1910) z anglikańskiego tygodnika “Church Times”, gdzie można było przeczytać:

We have lately been busy in deploring the sabotage of the French railway strikers.

czyli mniej więcej:

Ostatnio wszyscy wyrażali ubolewanie z powodu aktów sabotażu dokonywanych przez strajkujących pracowników francuskich kolei.

A teraz kropelka nieco bardziej nudnej etymologii: francuski czasownik saboter, pochodzi od sięgającego XIII wieku rzeczownika sabot (wiadomo, co znaczącego), powstałego ze złączenia dwóch starofrancuskich wyrazów bot (wysoki but, but) i savate (stary but), z których ten drugi wywodzi się z niezidentyfikowanego źródła, z jakiego wywodzą się podobne słowa w staroprowansalskim, portugalskim, hiszpańskim, włoskim, arabskim i baskijskim.

Ale wsiowi ci poganie…

Poganin… Słowo niegdyś równie kąśliwe i chętnie stosowane, co dzisiaj liberał, albo inny (pre)zapaterysta. Zwykle nikt, kto się nim posługiwał nie zamierzał poprawić samopoczucia obdarzanego tym epitetem człowieka. Raczej spodziewał się jego szybkiej dekapitacji, posłania na stos, ćwiartowania, czy  – w najmniej widowiskowym wypadku – nawrócenia.

Okazuje się jednak, że to nie jest wymysł chrześcijańskiej Europy. Słowem tym zaczęli się posługiwać już rzymscy legioniści i to także w niezbyt pochlebnym sensie. Polski poganin - jak i jego angielski odpowiednik: pagan - wywodzą się z łacińskiego słowa pagus, oznaczającego (cytuję za słownikiem Kumanieckiego): “okrąg”, “gminę”, “kanton” lub, co ważniejsze: “wieś”, “ludność wiejską”.  Paganus z kolei oznaczał mieszkańca owych “gmin” – członka “ludności wiejskiej”, w skrócie wieśniaka, przeciwstawianego człowiekowi zwanemu urbanus - miastowemu. Starożytność była od naszych czasów różna pod wieloma względami, ale tak samo jak dziś, ci którzy mieszkali wśród murów, fekaliów na ulicy i kurzu, czuli się o wiele lepsi od ludzi wychodzących co rano na pole, oddychających pełną piersią i patrzących jak im rośnie. Paganus szybko stał się więc terminem pejoratywnym (a w angielszczyźnie pojawił się też jako peasant - chłop, ale też prostak, kmiot - poprzez francuskie pays i paisant).

Legioniści rzymscy, jak wszyscy wojacy świata, czujący się lepsi od wszystkich uwiązanych do pługa, a w zasadzie od każdego cywila, używali słowa paganus jako wyzwiska dla tych, którzy mieczem nie robią, a parają się jedynie piórem, czy kosą. W końcu zdobywcy świata musieli się jakoś odróżnić od plebsu (nie wiem jak teraz, ale kiedy chodziłem jeszcze do szkół, nazwanie kogoś “wieśniakiem” wciąż było poważną zniewagą). Ten nieładny zwyczaj przejęli od nich pierwsi chrześcijanie. Uważali się za żołnierzy Chrystusa, którym św. Paweł nakazał w liście do Efezjan (6:13) “zakładanie pełnej zbroi Boga”. W niemal identycznym duchu wypowiadali się Tertulian i Augustyn Aureliusz, znaczy, św. Augustyn.  Podobnie jak legioniści, samych siebie zwali miles (żołnierzami), a niewiernego określali właśnie słowem paganus. Historia jedynie utwierdziła ów związek i scementowała, to właśnie na wsiach najdłużej utrzymywała się wiara w stare bóstwa, którą plenili mieczem, ogniem i Biblią wychodzący z miast ludzie.

Język angielski ma jeszcze inne słowo na “poganina, barbarzyńcę”. Heathen. Słowo jest germańskie (zero łacińskich wpływów), ale oznacza niemal dokładnie to samo. Heath, to wrzosowisko, teren dziki, nieucywilizowany, heathen - mieszkaniec wrzosowisk – zapewne dziki i nieucywilizowany. Naśladując losy  paganusa, heathen stał się pejoratywnym określeniem innowiercy. Po raz pierwszy użył tego słowa (ew. św. Marka 7:26) autor przekładu Biblii na język gocki biskup Wulfila, określając nim – jako ani chrześcijan, ani żydów -  zhellenizowanych mieszkańców części Syrii zajmowanej dawniej przez Fenicjan.