De la co???

W alfabetycznej podróży po Stanach dotarliśmy już do D. Niby nie daleko, ale w nogach czuć pewne zmęczenie, więc dzisiaj bardzo niewielki stan, tak abyśmy kończyn nadto nie utrudzili.

Delaware. To nazwa stanu, zatoki, rzeki a nawet indiańskiego szczepu. Gdyby wyciągać proste i jakże pochopne wnioski z naszych dotychczasowych dociekań, można by pomyśleć, że pierwsza była nazwa rzeki, od której nazwę zaczerpnęli Indianie, albo i na odwrót. Ale gdybyśmy tak pomyśleli, pobłądzilibyśmy. Delaware nie jest słowem-potomkiem żadnej zapomnianej indiańskiej nazwy. Pochodzi natomiast z Europy i to jej jak najbardziej cywilizowanych rejonów.

Bo jest to nazwisko. Nazwisko notowane w języku angielskim od 1201 roku, pochodzące od starofrancuskiego de la werre (wojenny/wojownik) od werre/guerre – wojna.

Nie musimy się jednak cofać do XIII stulecia, by sprawdzić po kim ten – zapewne uroczy stan – odziedziczył swą nazwę. Otóż był to – zupełnie nie uroczy – pan Thomas West, 3 Lord de la Warr (9 lipca 1577 – 7 czerwca 1618) Jak widzimy pisownia nieco się zmieniła, ale sens i źródłosłów oczywiście pozostały bez zmian. A czemuż to napisałem, że imć de la Warr nie był uroczy? Otóż był to facet, który nie dość, że podniósł rękę na swoją własną królową (pomagał Robertowi Devereux, lordowi Essex w nieudanej próbie zamachu stanu na królową Elżbietę), to jeszcze później – po szczęśliwym uniknięciu katowskiego topora – mordował niewinnych. Jak to? A tak:

Otóż pan West został wysłany do Jamestown, do Wirginii, gdzie wylądował 10 czerwca 1610 roku na czele oddziału liczącego sobie 150 ludzi i przekonał angielskich osadników, by mimo kłopotów z tubylcami (znaczy się rdzennymi mieszkańcami owych ziem) nie wracali do domu. Kłopoty te polegały na tym, że Anglicy zbudowali Jamestown w samym sercu terenów należących do wojowniczego indiańskiego plemienia, o którym za moment.  West tłumacząc krajanom, żeby nie wracali do zaszczurzonych londyńskich tawern, wiedział co mówi – był to bowiem człowiek, który nie dość, że przywiózł z Londynu instrukcje, by porywać indiańskie dzieci i wywozić je do Europy względnie sprzedawać w niewolę, to jeszcze doświadczenie militarne zdobył w czasie walk z Irlandczykami i postanowił wyćwiczone na nich taktyki zastosować też na Indianach. A głównym – wspomnianym wyżej – wrogiem Anglików w Wirginii, była konfederacja plemion Powatan (która nazwę wzięła od swego wodza Powatana – ojca niejakiej Pokahontas. De la Warr czasu nie tracił i błyskawicznie rozpętał pierwszą wojnę z Powatanami, która – poprzez stosowanie “irlandzkiej taktyki” – polegała ze strony Anglików głównie na paleniu wiosek, niszczeniu zapasów żywności, mordowaniu dzieci i kobiet, puszczaniu z dymem pól kukurydzy i na inny tym podobnych przyjemnostkach wojskowych. Mimo wszystko Indianie bronili się aż do 1614 roku, kiedy to zawarli pokój jedynie dzięki temu, że koloniści przy współpracy innego plemienia indiańskiego porwali córkę wodza Powatana - rzeczoną Pokahontas. Przymierze zostało przypieczętowane ślubem dziewczyny z niejakim Johnem Rolfe. Potem wybuchły jeszcze dwie wojny Anglików z Powatanami, ale to już inna historia.

Sam West (po którym zresztą ochrzczono – co jest jak dla mnie dość makabrycznym wyborem patrona – słynną akademię wojskową West Point) został na skutek swoich niewątpliwych “przewag strategicznych” w walce z “dzikimi” gubernatorem Wirginii, po czym wrócił do Anglii zostawiając na stołku zastępcę, niejakiego Samuela Argalla. Zmarł na statku, którym spieszył do Ameryki, po tym, jak doszły go skargi kolonistów na tyrańskie rządy Argalla.

Comments (24) to “De la co???”

  1. Zaiste makabryczne źródło dla nazwy stanu i akademii. U nas pewnie by przemianowali wcześniej zaciekle dyskutując przez kilka lat.

  2. Heh. Przecinka brakło.

    BTW “de la” to nie z włoskiego przypadkiem?

  3. Dru: Odpowiem przypowieścią guglijną:

    http://tiny.pl/n585

    Nie wiem, czy by przemianowali – najpewniej jedna gazeta utrzymywałaby, że to bohater i patriota był, a druga publikowałaby artykuły w typie: “Pokahontas – męczennica politycznej poprawności” :)

  4. Dopóki nie potwierdzi tego Torlin, powstrzymam się od komentarza ;)

  5. No właśnie sam jestem zdumiony. Mam nadzieję, że kolega Torlin zdrów…

  6. A u nas w okresie dekomunizacji ulicę Czerwonych Wierchów przemianowali na jakąś inną. :D

    Torlin coś pisał, że w piątek będzie.

  7. Dru – powiedz, że z tymi Wierchami to żart był, proszę…

  8. To dobrze, że przemianowali tylko ulicę, a nie same Wierchy…

  9. Czekaj, czekaj… nic straconego. Po następnych wyborach nadrobią…

  10. Pewnie, że to żart… :D

    “W pierwszej połowie lat 80. drogę nazwaną ulicą Czerwonych Wierchów (do 1992 roku, później aleja Andersa) przedłużono w głąb osiedla Karpackiego za skrzyżowanie z ul. Doliny Miętusiej, z tym że dalszy, ślepy odcinek drogi nie był wykorzystywany w ruchu.
    W tym czasie powstał także węzeł bezkolizyjny między ul. Babiogórską a ul. Czerwonych Wierchów.”
    Link: http://tiny.pl/n1qc

  11. Dru – bardzo to zajmujące. A ja dziecięciem będąc byłem na wakacjach w Mikuszowicach Śląskich. Fajowo tam :)

  12. No proszę, to rzut beretem od domu. Czemu nie mówiłeś? Wpadłbym z wizytą.

  13. W alfabetycznej podróży po Stanach dotarliśmy już do D. Niby nie daleko, ale w nogach czuć pewne zmęczenie, więc dzisiaj bardzo niewielki stan, tak abyśmy kończyn nadto nie utrudzili. – rozumiem potrzebę wyczynu pulsującą wiosną w narodzie, ale Ameryka to chyba nieco inny styl… Ja w każdym razie wysiadam… to znaczy wsiadam do jakiegoś krążownika szos… i… :-D

  14. A capella: Phi! Też mi sztuka samochodem… Żeby jeszcze, jak porządni hobo, pociągiem na gapę, ale tak… ;)

  15. Jak porządni hoko…

  16. A hoko czym jeżdżą?

  17. :)
    -> dru’
    hokopterem? ;P

  18. Jestem. Nie wpisywałem się, bo dokładnie jest to samo. Niektórzy chcą po tym ministanie jeździć samochodem. Toż on jest z lekka kurduplowaty, ma szerokość 48 km, długość 161 km, a najwyższe wzniesienie jest dla mnie – 137 metrów.

  19. No, nareszcie mogę coś powiedzieć: kurdupeeeel!

  20. Czyli jest jakaś sprawiedliwość. Nazwa wprawdzie od rozbójnika, ale za to malutki stanik, malutki. :D

  21. Malwinka: Hokopterem, to pani Malwinko, ci bardziej stechnicyzowani. Tradycyjni hoko jeżdżą wciąż hokonno. :)

    Torlin: Nie wpisałeś się i od razu widzisz, co się stało :) Mi jednemu nikt już bez Ciebie nie wierzy :)

    Dru – Ciekawe, czy jeśli stanik malutki, to tym samym przyciasny? ;)

  22. Widzisz Komerski, a Dru’ jedno w głowie. Inna sprawa, że zachwycające jest, co to się komu z tym nie kojarzy.

  23. O co Wam chodzi? A jak byście nazwali mały stan? Staniątko? Stańczyk? ;)

  24. ->Pan Komerski,
    oczywiście na hoklep :) ?

Post a Comment
*Required
*Required (Never published)