Sezon ogórkowy

Rozjazdy się skończyły, nawał pracy nieco zmalał. Rozejrzałem się po zaprzyjaźnionych blogach i z lekką ulgą stwierdziłem, że choć w radiu i TV nie widać nawet śladu uspokojenia, to w sieci sezon ogórkowy trwa w najlepsze. Swoją drogą wiadomość to nie najgorsza, ponieważ może wściekłość Czytelników za długi brak aktywności będzie nieco mniejsza. Trudno też o bardziej pasujący do pory roku temat, jak ogórki właśnie.

Ogórek to po angielsku cucumber. Słowo to trafiło do języka Szekspira w XIV stuleciu, ze starofrancuskiego cocombre. Francuzi swoim zwyczajem zapożyczyli nazwę zielonego warzywa z łaciny, w której ogórka nazywano cucumis i tutaj etymologiczny ślad się urywa, choć wedle niektórych cucumis wziął się z jakiegoś dawniejszego języka. Warto tu może wspomnieć, że cucumber na Wyspach wygrał konkurencję ze słowem eortaeppla (w liczbie mnogiej) co oznaczało dosłownie ziemne jabłka/jabłka ziemi. Ciekawostką jest to, że  – o ile się orientuję – współczesne francuskie określenie ziemniaka -  pomme de terre – znaczy dokładnie to samo.

Anglicy nie od początku natomiast zapisywali owo słowo według dzisiejszej ortografii. W XVII i XVIII wieku zapisywano je cowcumber i odpowiednia do tego zapisu wymowa przetrwała do XIX stulecia. W słynnym, monumentalnym dziele poświęconym uprawie roślin Paradisi in Sole Paradisus Terrestris John Parkinson (1567 – 1650), ostatni z wielkich angielskich zielarzy i pierwszy poważny angielski botanik, wyliczał sześć odmian warzywa:

The long greene Cowcumber, The short Cowcumber; being short, and of an equall bignesse in the body thereof, and of unequall bignesse at both ends; The long Yellow, which is yellowish from the beginning, and more yellow when it is ripe, and hath beene measured to be thirteene inches long; Another kinde is early ripe, called The French Kinde; The Dantsicke kind bareth but small fruit (used for pickles); The Muscovie kinde is the smallest of all other, yet knowne (only bearing 4 or 5 fruits per plant about the size of a small lemon.

Czyli:

Ogórek długi i zielony, Ogórek krótki, charakteryzowany przez swą krótkość i równomierną szerokość głównej części owocu i nierówną wielkość końców. Ogórek żółty, który na początku żywota jest żółtawy i żółcieje dalej w miarę dojrzewania. Ta odmiana według świadectw osiąga nawet trzynaście cali długości owocu; Odmiennym rodzajem jest wcześnie dojrzewający Ogórek Francuski; znamy też Ogórki Duńskie dające jedynie niewielkie owoce (używane do marynat); Ogórek Moskiewski natomiast jest rodzajem najmniejszym spośród wszystkich (pojedyncza roślina rodzi 4 do 5 owoców rozmiarów niewielkiej cytryny).

Pisownia cowcumber spowodowała powstanie popularnej, choć nieprawdziwej, wersji etymologii słowa jako warzywa nadającego się wyłącznie dla krów (cow = krowa).

Inna teoria – aczkolwiek też fałszywa  -wskazuje na pochodzenie słowa cucumber od hinduskiego kachumbar. Tu bezpośredniego związku nie ma, aczkolwiek jeśli przyjąć, że łaciński cucumis powstał wskutek wpływu jakiegoś starożytnego języka Italii, to niewykluczone, że i kachumbar i cucumber istotnie mają jednego wspólnego przodka.

Istnieje w angielskim również słowo gherkin. Wygląda znajomo? I słusznie. Ale o tym za chwilę. Gherkins to owe małe ogórki, które tak pięknie się kiszą w słoikach. Jeśli się nie mylę, to w polskim nazywa się je korniszonami.

Słowo gherkin odnotowujemy po raz pierwszy w “Dzienniku” Samuela Pepysa w notce z pierwszego lutego 1661 zatytułowanego girken. Pepys także nie wymyślił tego słowa samodzielnie. Używali go już – cóż za zaskoczenie – Francuzi, którzy – kolejne zaskoczenie – zapożyczyli je z holenderskiego gurkkijn lub agurkkijn. Rodacy Rembrandta również nie wyprodukowali owego wyrazu sami. I tu możemy zacząć się puszyć. To nasz, słowiański ogórek, legł u podstaw wszystkich wyżej wymienionych słów. A teraz możemy przestać się puszyć i wolno już zwinąć sztandary. Otóż Grecy określali arbuza słowem angourion i nasi przodkowie, którym w ogródkach arbuzy się nie chciały przyjąć, zaczęli nazywać tym wyrazem warzywa najbardziej arbuzom podobne.

Na koniec – sezon ogórkowy. Anglosasi zwą go częściej głupim sezonem (silly season), choć określenie cucumber season również się czasem pojawia. Spośród języków, w których okres wakacyjny, pozbawiony ważnych, politycznych wiadomości, kojarzony jest z ogórkiem, można wymienić: holenderski Komkommertijd, norweski agurktid, czeską Okurková sezóna, węgierski uborkaszezon i hebrajski Onat Ha’melafefonim oraz niemiecki Sauregurkenzeit. Określenie to powstało dlatego, że w okresie letnim gazety z braku lepszych materiałów, zajmowały się często jakością zbiorów i cenami warzyw. Dlaczego padło na ogórki, a nie na przykład pomidory? Cóż, może dlatego, że to ogórek jest jabłkiem ziemi.

Orega… Oregon

Zgodnie z zapowiedzią – do Stanów!

Do Stanów i to bardzo daleko, bo aż na Zachodnie Wybrzeże, do Oregonu.  Nazwę  “Stanu Bobrów” (w USA istnieje zwyczaj nadawania stanom “przydomków” oraz przypisywania im  symboli – większość ma swoje oficjalne zwierzęta, napoje, rośliny, tańce etc.), próbuje się rozszyfrować od lat, lecz wciąż wiadomo niewiele ponad to, iż wywodzi się ona z języka rdzennych mieszkańców i określano nią początkowo rzekę Wielką Rzekę Zachodu – półlegendarnego, prowadzącego na Zachód szlaku wodnego, współcześnie utożsamianego z rzeką Kolumbią.

Pewne jest, że po raz pierwszy użył słowa oregon niejaki Robert Rogers (1731 – 1795) amerykański żołnierz, podróżnik, tropiciel, prawie że komandos, weteran wielu wojen i tak dalej. Napisał on w 1765 petycję do króla Anglii Jerzego III, z prośbą o sfinansowanie ekspedycji mającej poszukiwać Przejścia Północno-Zachodniego.  W tekście listu pojawiła się – zastosowana właśnie do rzeki – nazwa Ouragon. Ekspedycja, na której wysłanie nalegał Rogers rzeczywiście się odbyła – król za odkrycie wodnej drogi do Pacyfiku wyznaczył sporą nagrodę -  i kierujący nią Jonathan Carver (kolejny z amerykańskich podróżników-odkrywców-żołnierzy) w swojej książce “Travels Through the Interior Parts of North America in the Years 1766, 1767 and 1768″ (“Podróże po interiorze Ameryki Północnej w latach 1766, 1767 i 1768″) opisał już ową rzekę jako właśnie Oregon.

Skąd jednak wzięło się samo słowo?

Teoria pierwsza: Mogło się zdarzyć tak, że osiemnastowieczny wydawca/redaktor mapy Ameryki Północnej (Francuz zapewne) przełamał na dwoje nazwę Ouisiconsink (Rzeka Wisconsin), zapisywaną wówczas Ouaricon-sint, na dwie części, w ten sposób, iż “sint” znalazło się pod spodem i wyglądało na to że płynąca na zachód rzeka nazywała się Ouaricon. Skąd już niedaleko do naszego, swojskiego Oregonu.

Teoria druga: algonkińskie słowa wauregan i olighin. Oba oznaczają coś “dobrego i pięknego” (w tym wypadku chodziłoby o rzekę). Co prawda w czasach Rogersa obu określeń używano wobec rzeki Ohio, ale mógł on poddać się inspiracji sformułowania “piękna rzeka” (Belle Riviere), które występowało bez indiańskiego źródłosłowu w pracy etnografa, przyrodnika i historyka Antoine-Simona Le Page du Pratza “Histoire de la Louisiane” (Historia Luizjany). Rogers – poszukując wyrażenia, które du Pratz przełożył na francuski – mógł był dotrzeć właśnie do słowa wauregan.

Teoria trzecia: Słowo ukuł wspomniany Carver. W trakcie wyprawy odwiedzając Dakotów, mógł poznać dwa szoszońskie wyrazy ogwa (rzeka) i pe-on (zachód). Haczyk tkwi w tym, iż Dakoci szoszońską zbitkę gwa wymawiali jak r (nie pytajcie, tak podają źródła). Oregon oznaczałoby więc “Zachodnią Rzekę”.

Teorie czwarta oraz czwarta i pół: Oregon może pochodzić ze zniekształconego, francuskiego ouragan (huragan, tornado) lub origan (oregano). Ta ostatnia koncepcja została jednak obalona jako zwykłe skojarzenie brzmień.

Teoria piąta: w północno-zachodnich rejonach Oceanu Spokojnego żyje sobie rybka – choć nie wiem, czy 30 cm to jeszcze rybka, czy już ryba – o nazwie olakon.  To bardzo miłe stworzenie, aczkolwiek potwornie tłuste (tłuszcz stanowi 15% masy jej ciała i po wysuszeniu oraz dodaniu knota można używać stworzenia w charakterze świecy). W XVIII stuleciu Indianie zamieszkujący dzisiejszy Oregon wytwarzali z olakonów rodzaj pasty, która stała się ważnym elementem pożywienia i chętnie eksportowanym towarem. Samą rybę nazywali oolighan i istnieje koncepcja w myśl której, żyjące dalej na wschód plemiona, kojarząc poprzez handel zachodnich sąsiadów i ich krainę  z morskim tłuściochem, zniekształciły nazwę oolighan do znanego nam oregon.

Teorie szósta i siódma: Orejon to po hiszpańsku mniej więcej tyle co “wielkouchy”.  Niektóre ze szczepów z owego regionu sztucznie powiększają sobie i zdobią uszy, co mogło spowodować, że podbijający ich hiszpańscy żołnierze nazywali całą krainę właśnie ziemią orejon, przeobrażonego potem w oregon. Również na barki Hiszpanów spada podejrzenie, iż nasz Oregon to zniekształcone Aragon (Aragonia) skąd wywodziła się spora część konkwistadorów.

Etymologiczna nuda

Tak, tak – chwilę panowała tu cisza. I wcale nie dlatego, że od wału przeciwpowodziowego dzieli mnie jakieś 200 metrów, na pewno nie dlatego bym nosił worki z piaskiem, a już całkowicie wykluczone jest, że tak bardzo zaangażowałem się w śledzenie przedwyborczych sondaży. Otóż ogarnęła mnie etymologiczna nuda. Kusiło mnie, by napisać o powodzi (ang. flood) ale co to za atrakcja pisać o tym, że słowo to wywodzi się przez staroangielskie flod i protogermańskie flothuz z praindoeuropejskiego rdzenia czasownikowego plo-/pleu- (płynąć, unosić się na wodzie). Nuda.

Potem przyszło mi do głowy, żeby napisać kolejny odcinek cyklu o stanach USA.  Wypada kolej Oklahomy, ale ponownie. Gdzie jest dreszcz etymologicznego odkrycia, jeśli po raz kolejny okazuje się, że nazwa Oklahoma wywodzi się z języka Czoktawów - okla - ludzie i homma - czerwony, czyli z grubsza oznacza “ziemię czerwonych ludzi/Indian”.  Mogłem jeszcze oczywiście dodać, że nazwę tę zaproponował niejaki Allen Wright (1826 – 1885), wódz Czoktawów, prezbiteriański pastor i żołnierz Konfederacji w czasie wojny secesyjnej… Niemniej to także, z jakiegoś niewytłumaczalnego powodu, nuda.

Jeszcze potem zastanowiłem się nad wyrażeniem – obecnym zarówno w polskim jak i angielskim – “krokodyle łzy”. Tu nuda nieco ustąpiła. Krokodyle łzy to nieco poetyckie określenie udawanego żalu, smutku, czy przykrości. Ludowa mądrość głosiła bowiem, iż krokodyle płaczą pożerając swe ofiary. W języku Wyspiarzy historia ta po raz pierwszy pojawia się w książce zatytułowanej “The Voyage and Travail of Sir John Mandeville” (wydanej między 1375 i 1371) która była najprawdopodobniej kompilacją rozmaitych opowieści podróżniczych, złożoną przez Francuza, medyka z Liege, niejakiego Jehana a la Barbe. Tam czytamy:

In many places of Inde are many crocodiles — that is, a manner of long serpent. These serpents slay men and they eat them weeping

“W wielu zakątkach Indii spotkać można wiele krokodyli – czyli pewnej odmiany długiego węża. I węże owe mordują ludzi i pożerają ich, zalewając się łzami.”

Można spotkać wersję tej opowieści, wedle której gad płacze dopiero po skonsumowaniu całego ciała i dotarciu do głowy. Nie jest to jednak szloch nad marnym losem ofiary, a żal leniwego żarłoka – otóż głowa jest zbyt koścista by warto było się męczyć jej gryzieniem. O krokodylich łzach pisali też między innymi Edmund Spenser, Szekspir i Rudyard Kipling.  Koniec końców jednak, nuda.

A nuda to po angielsku boredom. Przedrostek bore (nudziarz, nudy, udręka, odwiert, otwór wiertniczy, kaliber, średnica wiertła, wiercić, drążyć, przewiercać i – ha! – borować) wywodzi się ze staroangielskiego borian oznaczającego “dziurawić, przewiercać” pochodzącego z kolei od słowa bor - “świder” a ostatecznie z praindoeuropejskiego rdzenia bher - “ciąć ostrym narzędziem” . Znaczenie “nudziarza” pojawiło się dopiero w 1768 roku (być może wcześniej się po prostu nie nudzono), prawdopodobnie dzięki skojarzeniu z monotonną i nużącą pracą świdra lub wiertła.

Żeby dodać wpisowi choć jeden słowiański akcent – istnieje w angielszczyźnie słowo nudnik - określa się nim nudziarza, męczyduszę, kogoś irytującego i natrętnego.  Pochodzi ono z polskiego lub rosyjskiego, a ostatecznych źródeł słowniki upatrują w spokrewnionych praindoeuropejskich neuti - “potrzeba” i nau - “śmierć, być wyczerpanym”.  Ale o dziwnej relacji między potrzebą a śmiercią przeczytamy w następnym tekście. O ile nie zje mnie nuda.

London calling…

Udało się. Przeżyłem lot  (a nawet dwa) i po raz pierwszy w życiu zobaczyłem na własne oczy stolicę Imperium, muzyki, mody i ryb z frytkami (swoją drogą te ostatnie nieco mnie zawiodły). A więc Londyn… Być może nie jest to typowe słowo jakim zwykle się tu przypatrujemy, ale przecież i nazwy miast mają swoje etymologie. Sprawdźmy więc jak się ma sprawa z Londynem.

Pierwszym specjalistą próbującym wyjaśnić pochodzenie nazwy stolicy Anglii był wzmiankowany już na tych łamach mnich i kronikarz Godfryd z Monmouth (Geoffrey of Monmouth), autor napisanego w 1136 roku dzieła Historia Regum Brittaniae (Historia królów Brytanii). Według Godfryda słowo London wywodzi się od imienia walijskiego króla Luda (nazywającego się w swym dźwięcznym, ojczystym języku Lludd map Beli Mawr) który zajął miasto i nazwał je na własną cześć Kaerlud (albo Caer Lud) co znaczy mniej więcej “gród Luda”. Ta nazwa miała się przeobrazić w Kaerlundein i ostatecznie w London. Warto może wspomnieć, że Godfryd utrzymywał, że przed zdobyciem miasta przez Luda, zwało się ono Trinovantum, co z kolei miało pochodzić od łacińskiego Troia Nova (Nowa Troja). Według kronikarza miasto zostało założone przez mitycznego, wygnanego z Troi Brutusa, potomka Eneasza. Istnienia owego Brutusa nie potwierdzają żadne klasyczne teksty (poza oczywiście “Historią królów Brytanii”).

Szesnastowieczny antykwariusz i historyk William Camden sugerował, iż nazwa London pochodzi od brytańskiego słowa lhwn (w dzisiejszym walijskim jest to llwn) oznaczającego “zagajnik” i i wyrazu town, czyli “miasto”. Pierwotna nazwa według Camdena brzmiała Lhwn Town, czyli “miasto w zagajniku”.

W osiemnastym wieku pojawiła się teoria iż London pochodzi od Glynn Din, czyli “miasta w dolinie”.

Wyspiarscy Żydzi sugerowali iż Anglo-Sasi (będący w myśl owej koncepcji potomkami członków jednego z plemion Izraela – Dan) nazwali swą stolicę Lan-Dan, co po hebrajsku oznacza “siedzibę (plemienia) Dan”.

W 1821 roku anonimowy autor publikujący w czasopiśmie The Cambro Briton twierdzi, iż London to nic innego niż Luna Din – “księżycowa forteca” lub nawet Llong Din – “forteca statków”.

Także w XIX stuleciu pojawiły się teorie głoszące, że London to Luandun – “miasto księżyca” co miało być związane ze świątynią Diany, która miała stać na miejscu dzisiejszej katedry św. Pawła.  Bardziej bezpośrednie podejście wskazywało na nazwę Llan Dian – “świątynia Diany”.

Kolejnym pomysłem na pierwowzór słowa London jest Llyn Dain, co po walijsku oznacza “rozlewisko Tamizy”.

Lingwista i specjalista w dziedzinie angielskich nazw miejscowych, Richard Coates zaproponował w 1998 teorię w myśl której London ma pochodzić od preceltyckiego plowonida, wywodzącego się z indoeuropejskiego rdzenia plew, oznaczającego “unosić się na wodzie”, “pływać” i “łódź” (ten sam rdzeń widzimy w naszym swojskim “pływać”) Wedle Coatesa nazwa ta miałaby oznaczać “rzekę, której nie da się pokonać w bród (i należy przepłynąć)” z dodatkiem przyrostka miejscowego -onjon.  Z tej zbitki powstać miałoby Plowonidonjon, skrócone następnie do Lowonidonjon, Lundonjon a następnie Lundein lub Lundyn, przerobione z kolei przez Rzymian na łacińskie Londinium.

Często też można napotkać twierdzenie, iż łacińskie Londinium to “miasto Londinosa/Londosa” nikt jednak nigdzie nie napotkał świadectwa istnienia takiego człowieka, więc i ta koncepcja jest co najmniej wątpliwa.

Wątpliwe jest także, czy takie miasto istnieje. Dokładnie dziś podobno wypada rocznica premiery nieśmiertelnego “Misia” Barei, więc wpis zakończę czołobitnym cytatem:

Pani z Okienka: – Nie mogę wysłać tej depeszy! Nie ma takiego miasta – Lądyn! Jest Lądek, Lądek Zdrój, tak…
Ochódzki: – Ale Londyn – miasto w Anglii.
Pani z Okienka: – To co mi pan nic nie mówi?!
Ochódzki: – No mówię pani właśnie.
Pani z Okienka: – To przecież ja muszę pójść i poszukać, zobaczyć, gdzie to jest. Cholera jasna…depesze… pani kierowniczko…

Katastrofa

Katastrofa ma dwa angielskie odpowiedniki.

Pierwszym i zdecydowanie mniej popularnym jest notowane od lat 30-ych XVI stulecia catastrophe. Słowo to pochodzi od łacińskiego wyrazu catastropha i oznacza dosłownie “odwrotność tego, czego się spodziewano”. Początkowo stosowano je przede wszystkim na oznaczenie momentu w akcji teatralnego dramatu, w którym wydarzenia przyjmują zaskakujący, tragiczny obrót. Rzymianie swoją catastrophę zapożyczyli od Greków, którzy nazywali ją niemal identycznie – katastrophe. Rzeczownik ten wywodzi się z czasownika katastrephein - “odwracać, przewracać na drugą stronę” – z cząstek kata “w dół, zupełnie” i strephein “obracać”. Strephein dał też początek naszej strofie (i angielskiej strophe) Strofa, czy też zwrotka, oznaczała część ody, którą chór śpiewał będąc zwróconym w pewną konkretną stronę. Praindoeuropejskim rdzeniem jest w tym wypadku strebh - “obracać się, kręcić”.  Angielskie catastrophe rozszerzyło swoje znaczenie na współczesną “nagłą klęskę, tragedię naturalnego lub ludzkiego pochodzenia” w XVIII wieku. Pierwszy raz pojawia się ono w 1748 roku.

Drugim, bardziej popularnym słowem, którym Anglosasi określają katastrofy jest disaster. Ten wyraz z kolei przybył na Wyspy (1580) za pośrednictwem starofrancuskiego desastre (1564) z włoskiego disastro. Disastro składa się z przedrostka dis- “z dala, bez, zły” i cząstki astro “gwiazda, planeta”. Ostatecznie źródeł należy szukać w łacińskim astrum i greckim aster- gwiazda (za praindoeuropejski rdzeń “gwiazdy” uznaje się  ster.) Samo słowo należało pierwotnie do języka astrologii. Disastro to wydarzenie mające miejsce “pod złą gwiazdą”.  Starożytni astrolodzy używali go również na określenie “śmierci, rozpadu gwiazdy”.

Ale to stout czy porter?

Zgodnie z obietnicą zapraszam dziś Państwa na piwo. A właściwie, to nie będziemy się ograniczać i zamówimy od razu trzy kufelki.

Kufelek pierwszy, a w nim: ale.

Ale, to według Wikipedii “angielski gatunek ciemnobrązowego lub jasnobrązowego piwa uzyskiwanego z mieszanki słodu zwykłego i skarmelizowanego o smaku od bardzo gorzkiego do słodkawego. Wytwarzane jest ono przy pomocy drożdży górnej fermentacji. Zaliczane jest do piw jasnych i mocnych (zawiera 3-6% alkoholu)”. W dawnej Anglii jednak – dawnej oznacza w tym wypadku do początków XV stulecia, kiedy zaczęto na Wyspach uprawiać chmiel – ale nie było wcale gatunkiem piwa, tylko piwem po prostu. Innymi słowy ale i beer były synonimami. Samo słowo językoznawcy wywodzą (podobnie jak starosaskie alo i staronorweskie öl) z protogermańskiego rdzenia aluth, który rozwinął się z praindoeuropejskiego rdzenia znaczącego gorzki (por. choćby z łacińskim alumen - ałun) lub podobnie brzmiącego, również praindoeuropejskiego alu, wiążącego się z “czarami, magią, opętaniem, upojeniem”. We współczesnej angielszczyźnie beer to po prostu “piwo”, ale natomiast rezerwuje się dla gatunków jasnych. Choć jak podaje Oxford English Dictionary – sposób używania obu słów podlega rozmaitym, lokalnym przesunięciom.

Czas wychylić drugi kufelek. Tym razem mamy w nim stout:

Stout to nieco poważniejsza sprawa. Słowo pojawiło się w języku angielskim ok. 1300 roku i oznacza “dumny, mężny, mocny”. Wywodzi się ze starofrancuskiego estout “odważny, zajadły, dumny”. Dawne germańskie odpowiedniki brzmiały stult, stolt (dumny, stateczny) i stolz (dumny, wyniosły, arogancki, stateczny). Fachowcy wywodzą je wszystkie z praindoeuropejskiego rdzenia stel, oznaczającego “(u)stawiać, stać”. Od ok. 1386 roku angielskie stout znaczyło “dobrze zbudowany, mocarny” choć od 1804 stosowano je – często eufemistycznie w znaczeniu “gruby, tłusty i pokaźny”. W znaczeniu “mocnego, ciemnego piwa, porteru” słowa stout Anglicy używają od 1677.

Kufelek pusty? Proponuję trzeci, a w nim – wspomniany już mimochodem – porter:

Porter to kolejna odmiana ciemnego, mocnego piwa. W zasadzie tylko specjaliści są w stanie odróżnić (a i to nie zawsze) od omawianego wyżej stout. Pochodzenie nazwy wiąże się ze stosunkowo prostą i tanią produkcją owego trunku, co od początków jego istnienia – ca. 1720 - wiązało się z jego niską ceną (niestety dziś jest chyba zgoła odwrotnie). W XVIII wieku pijali je masowo angielscy robotnicy portowi – porters. I zwano je wówczas porter’s ale, która to nazwa uległa później skróceniu. Sami porters – wielbiciele ciemnego i mocnego napoju to po polsku “tragarze, bagażowi, rozładowywacze”, po prostu “osoby, które noszą, dźwigają”. Do angielszczyzny słowo to dotarło przez angielsko-francuskie portour, starofrancuskie porteor, późnołacińskie portarius (odźwierny) z klasycznie łacińskiego porta (brama). Oczywiście dobrze kojarzymy tu słowa portier i port (będący przecież “bramą” lądu).

Wszyscy jesteśmy Irlandczykami

Wczoraj Irlandia – a wraz z nią co najmniej pół świata – obchodziło dzień świętego Patryka. Nie może  być inaczej i na tych łamach (mogłoby w zasadzie, ale dlaczego nie?). Zamiast jednak zużywać hektolitry zielonego piwa, przyjrzyjmy się dwóm mocno “irlandzkim” słowom i ich korzeniom.

Po pierwsze więc Irlandia:

Angielska nazwa Zielonej Wyspy brzmi Ireland, irlandzka – Eire. Współczesne słowo Eire pochodzi od staroirlandzkiego Eriu - imienia bogini, utożsamianej z niezależnością, żywiołem matczynym, czy po prostu z ziemią. Dziś zapewne nazwalibyśmy tę panią bóstwem chtonicznym, niemniej nie ma co mnożyć bytów (nawet boskich) ponad potrzebę. Zawodowi językoznawcy wywodzą imię owej bogini przez protoceltyckie fiwerion, do  praindoeuropejskiego rdzenia przymiotnikowego piwer, oznaczającego pełen, bujny, kwitnący (w sanskrycie pivan, pivari i pivara oznaczają to samo.) Bogini nasza byłaby więc boginią płodności i urodzaju, lub po prostu Boginią Ziemi.

Zatrzymajmy się na moment przy protoceltyckim fiwerion - to słowo, rozwijając się drugą odnogą, nabrało brzmienia Iweriu, które zapożyczyli pierwsi goście w Irlandii. Ptolemeusz w swojej “Geographii” nazywał Irlandię Iouernia, a Rzymianie przyswoili tę nazwę w formie Hibernia - co po łacinie oznacza mniej więcej krainę zimy. Dość zabawne w tym jest, że poprzez zachodzące w językach zmiany, to co dawniej było “ziemią bogini płodności” stało się “krajem wiecznej zmarzliny”.

Skoro już wiemy święto jakiego kraju obchodzimy, skupmy się na tym, przy pomocy czego się radujemy:

Piwo (angielskie beer) w staroangielskim nazywało się beor. Jak w wielu wypadkach, tak i przy piwie (co nie musi dziwić) trwają dyskusje, co do pochodzenia tego słowa. Zazwyczaj jednak uznaje się, iż beor jest klasztornym zapożyczeniem z występującego w zwulgaryzowanej łacinie słowa biber - napój, trunek, a co za tym idzie z klasycznołacińskiego bibere - pić.  Alternatywnym źródłem jest protogermański beuwo - jęczmień.

Co ciekawe, choć piwem raczono się już w starożytnym Egipcie i Mezopotamii, dla Greków i Rzymian pozostawało ono napojem bardzo egzotycznym. Niemniej i oni mieli – oczywiście – własne słowa na określenie owego alkoholu. Łacińskie zythum pochodzi od greckiego zythos. Obu słów używano właśnie do określenia egipskiego wyrobu i tak samo – jako egipskie – je traktowano, choć najprawdopodobniej spokrewnione są z greckim zyme, oznaczającym zaczyn. Inne łacińskie słowo cervesia (odnajdywane w wielu współczesnych językach romańskich) wywodzi się najprawdopodobniej od również łacińskiego cremor - gęsty bulion. A nasze słowiańskie (a nawet starocerkiewnosłowiańskie) piwo? Ono – jak sama nazwa wskazuje – to po prostu napój, coś do picia.

Król nie Karol

Jak widzieliśmy już wiele razy, zdarzają się słowa – i to należące do tych najzwyklejszych, codziennie używanych – których pochodzenie sprawia lingwistom niemałe problemy. Jednym z takich wyrazów jest w języku angielskim king, czyli król. Współczesne słowo king - to wiemy na pewno – wywodzi się ze staroangielskiego cyning, które najpierw uległo skróceniu do form zapisywanych cyng i cing, skąd już tylko krok dzielił do zastąpienia w notacji litery c literą k (wymawiane były identycznie). Samo cyning z kolei pochodzi – jak uznali teoretycy – z protogermańskiego kuninggaz, rdzenia, który najprawdopodobniej położył też podwaliny pod inne słowa oznaczające króla, takie jak holenderskie koning, niemieckie koenig, islandzkie konungur, norwesko-duńskie kong i konge, szwedzkie kung i konung, czy farerskie (język mieszkańców Wysp Owczych) kongur.

Fajnie, mamy wiele podobnie brzmiących słów, jedno znaczenie i jeden teoretycznie wywiedziony rdzeń (przypominam, że język protogermański, podobnie jak praindoeuropejski nie jest językiem, który ktokolwiek słyszał lub widział, choćby w postaci tekstów – jest to język ustalony przez fachowców metodą analizy porównawczej, wspieranej znaleziskami archeologicznymi. Macierzą protogermańskiego mają być tereny południowej Szwecji i Jutlandii, gdzie indoeuropejczycy dotarli ponad 4500 lat temu. Dowodem na to mają być nazwy miejsc  – jedynie tam bowiem napotyka się nazwy nie posiadające germańskich rdzeni.) Czy jednak wiadomo, co ów kuninggaz znaczył?

Jedna z teorii głosi, iż słowo to wywodzi się z rdzenia kun, zbliżonego do staroangielskiego cynn (matki m.in słowa kin - “rodzina, rasa, rodzaj”, spokrewnionego zresztą z praindoeuropejskim rdzeniem gen widocznym jak pewnie pamiętamy z łaciny choćby w słowie genus), co sprawiałoby, że król (kuninggaz) był pierwotnie “przewodnikiem ludu”. W myśl innej teorii kuninggaz nie jest niczyim przewodnikiem, lecz jest “człowiekiem wywodzącym się z rodu władcy”, “mężem szlachetnego rodu”.  Oczywiście widać tu od razu, że coś takiego jak “czysta nauka” nie istnieje i pierwszą z koncepcji wspierają językoznawcy skłaniający się ku lewicowemu światopoglądowi, wyznawcami drugiej natomiast są konserwatyści i prawicowcy.

Żeby do ideologicznego sosu dodać nieco pikanterii, pojawiła się jeszcze inna koncepcja – taka w myśl której kuninggaz oznaczał “należącego do kobiety”. Oczywiście nie do każdej, ani nawet do najładniejszej z kobiet, ale do Kobiety Kobiet, czyli Wielkiej Bogini – Matki Ziemi. Według wspierających to podejście językoznawców, król był pierwotnie przede wszystkim kapłanem, strzegącym wierności swego ludu wobec rzeczonej bogini.

Do wyboru, do koloru. Rozstrzygnięcia zapewne nigdy nikt się nie doczeka. Z pewnością za to możemy powiedzieć, że kuninggaz stał się prawdziwą gwiazdą rocka wśród słów i został zapożyczony przez wiele zupełnie niegermańskich języków. Jego ślady widzimy w: fińsko-estońskim kuningas, łotewskich kungs (pan, władca) i kenins (król), rosyjsko-bułgarskim kniaz, pochodzącym z języków saami (wspominałem o nich chyba w kontekście wymierających języków, kilka języków dalekiej północy Europy) gonagas i konagas, serbskim knez, tatarskim kenaz i perskim kian.

Patrząc z naszego, słowiańskiego dystansu na owo zamieszanie, możemy z niejakim samozadowoleniem uznać za wielkie szczęście, iż nasz król, jak również kral czy korol z bratnich języków wywodzą się od  imienia prawdziwego króla – może nawet przez duże K – Karola Wielkiego. Dzięki temu nie musimy zagłębiać się w spory ideologiczne tylko dlatego, że chcielibyśmy dowiedzieć się, co proste słowo znaczy.

Błękitna krew

O arystokracji, szlachcie, rodach których korzenie sięgają pradawnych czasów powiada się niekiedy, że to ludzie o błękitnej krwi. I nie byłoby w tym nic zdrożnego ani dziwnego, gdyby nie to, że przy pomocy prostego – zazwyczaj przeprowadzanego jeszcze w dzieciństwie – doświadczenia z kolanem i asfaltem (tudzież kuchennym nożem użytym w charakterze indiańskiego sztyletu i ręką kolegi, jak było w moim przypadku, lub innymi jeszcze narzędziami i częściami ciała) dowiadujemy się, iż ludzka krew ma kolor wybitnie od niebieskiego odbiegający, mianowicie czerwony. Wiedzeni być może tą zagadką Francuzi – naród to wszak dociekliwy i filozoficznie do świata nastawiony – przeprowadzili w 1789 ów eksperyment zakrojony na szerszą skalę, przy czym badaną przez nich próbką była (początkowo) wyłącznie arystokracja. Być może doszli oni do słusznego wniosku, że sprawdzanie koloru krwi na klasie społecznej, która z definicji nie miała mieć krwi w kolorze błękitnym mija się po prostu z celem. Niestety, nawet ścięcie Ludwika XVI dowiodło publicznie, że Burbonowie – ród w końcu niemłody, a nawet stary – cechują się krwią czerwoną.

Dlaczego więc w większości języków Europy błękitna krew stanowi atrybut przypisywany arystokratom?

Wina, jak się wydaje, leży po stronie południowych sąsiadów francuskich eksperymentatorów – mianowicie Hiszpanów. Ci od VIII wieku mieli poważne problemy z arabskimi najeźdźcami i – co tu dużo ukrywać – okupantami znacznej części Półwyspu Iberyjskiego. Arabowie, poza najeżdżaniem i okupowaniem, zajmowali się na terenach dzisiejszej Hiszpanii rozmaitymi rzeczami. A to tworzyli cuda architektury, a to prezentowali Europie zapomniane w Starożytności dzieła Arystotelesa we własnym przekładzie, a jeszcze kiedy indziej “szli i mnożyli się” z lokalnymi pięknościami (czemu się nie dziwimy, gdyż wystarczy obejrzeć dowolny mecz ligi hiszpańskiej i zwrócić uwagę na przebitki z trybun, by zrozumieć nagłe zadurzenie wyznawców Mahometa).

Amory te – i temu również niezbyt się dziwimy – niezbyt podobały się starym, kastylijskim bonzom, którzy za wszelką cenę chronili swe rody przed wszelkimi kontaktami z obcymi i ich krwią. I to właśnie owi kastylijscy arystokraci z czasem zaczęli się chełpić swoją błękitną krwią (hiszp. sangre azul). Skąd jednak ten pomysł? Wyobraźmy sobie ciemnoskórego potomka Araba i iberyjskiej piękności rozmawiającego z paniczem pochodzącym z jednego ze starych, kastylijskich rodów. Ten drugi, chcąc udowodnić swoją “czystość” pokazuje na żyły – te, na tle jasnej skóry arystokraty wydają się błękitne, podczas gdy żyły rozmówcy… No cóż, do błękitu brakowało mu zazwyczaj kilka odcieni. Na ten sposób werbalnego pognębienia najeźdźcy Kastylijczycy wpadli mniej więcej w XIII wieku.

Dawno temu spotkałem się z naszym (nie napiszę polskim bo prawdopodobnie takie samo wyjaśnienie można spotkać w większość krajów naszej części świata) tłumaczeniem, iż błękitna krew (żyły) bladych arystokratów, spędzających życie we wnętrzach, różniła się od krwi (żył) pracującego na roli, a zatem mocno ogorzałego słońcem, pospólstwa.

Kto wie, być może Wschód i Zachód wymyśliły błękitną krew równolegle, czy jakby napisał intelektualista, kongenialnie. Faktem jest jednak, że do języka angielskiego wyrażenie blue blood trafiło bardzo późno, bo dopiero około roku 1830.

Na zakończenie ciekawostka, potwierdzająca, że ludzie przyznający się do posiadania błękitnej krwi nie zawsze traktowani są z sympatią. W rewolucyjnej Rosji (kolejny naród eksperymentatorów) bławatnoj (niebieski) stosowano wobec przestępców skazywanych za najcięższe zbrodnie. Skojarzenie z “niebieskim ptakiem” jest jednak chyba nie na miejscu, gdyż ci wywodzą się z biblijnego obrazu o tych ptakach niebieskich, co to “nie sieją ani żną, a Ojciec niebieski je żywi”.

Filmy, bogowie i uczeni

Wciąż chyba jeszcze nie wygasła ogólnoświatowa fascynacja pewnym filmem, komputerową kreskówką w reżyserii Jamesa Camerona,  pod odmienianym przez wszystkie przypadki tytułem Avatar. Film jest nudnawy i wtórny, z rzeczywiście kilkoma ładnymi krajobrazami i ciekawymi (przez pierwsze półtorej godziny) efektami 3d. Na szczęście jednak nie będziemy się zajmować samym filmem – wystarczy nam jego tytuł.

Po pierwsze, mam żal do polskiego dystrybutora filmu, że nie zastosował polskiej pisowni. Słowo avatar ma bowiem swój polski – wcale nie gorszy – odpowiednik – czyli awatar, ewentualnie awatara (choć ta druga opcja brzmi zdecydowanie gorzej) i nie wiem, z jakiego powodu zdecydowano się pozostawić wersję oryginalną. Ale to oczywiście purystyczne zrzędzenie i zupełnie nie na temat.

Cóż to więc za słowo? Avatar pojawia się w języku angielskim w roku 1784. Przywiózł je z Indii sir William Jones. I – odstawiając avatara na moment na bok – zajmijmy się przez chwilę panem Billem. Jones urodził się w 1746 roku jako syn… Williama Jonesa, matematyka, któremu zawdzięczamy między innymi symbol liczby pi. Mimo, iż Jones senior umarł, gdy junior miał ledwie trzy lata, temu drugiemu udało się utrzymać i wykształcić – ukończył studia na Oksfordzie. Udało mu się to między innymi dlatego, że był językowym geniuszem. W młodości opanował: grekę, łacinę, perski, arabski, hebrajski i podstawy chińskiego. Dzięki temu mógł zarabiać na tłumaczeniach (przekładał między innymi na zlecenie króla Danii Christiana VII) i nauczaniu języków. W wieku dwudziestu czterech lat był już uznanym orientalistą. Pod koniec życia mówił płynnie w trzynastu językach i radził sobie w dalszych dwudziestu ośmiu. Losy kariery skierowały go do Indii (był sędzią sądu najwyższego w Bengalu). Kultura Indii zachwyciła i pochłonęła go bez reszty, jest autorem wielu wczesnych i pionierskich opracowań na jej temat. Założył brytyjskie Towarzystwo Azjatyckie – instytucję poświęconą badaniom i krzewieniu dalekowschodniej kultury. Jako językoznawca wsławił się Jones jednak czymś innym. Otóż znając już klasyczne języki europejskie, zauważył podczas studiów nad sanskrytem znaczne podobieństwo wielu słów starożytnego języka Indii do łacińskich i greckich. To spostrzeżenie pozwoliło mu wysnuć szeroko dotychczas uznawaną teorię o języku praindoeuropejskim, stanowiącym wspólne źródło wielu języków Europy i Azji.

No dobrze, laurka wypisana wróćmy więc do avatara… Słowo to wywodzi się prosto z sanskrytu i stanowi złożenie cząstek ava - w dół i tarati - on przechodzi. W starożytnych Indiach oznaczało wcielenie, czy bardziej poprawnie – manifestację, uobecnienie się – bóstwa w świecie fizycznym. Różnica między wcieleniem, a manifestacją, przypomnijmy, polega na tym, że wcielenie zakłada (jak w chrześcijaństwie) rzeczywistą cielesność bóstwa, a manifestacja jest raczej ułudą, pozorem cielesności, czymś w rodzaju kreskówki wyświetlanej przez bóstwo na ekranie naszego świata. Początkowo Hindusi używali tego słowa na określenie różnych bóstw, później znaczenie zawęziło się do manifestacji boga Wisznu. W sanskrycie poza wersją avatar istnieje też synonim avatara, co skrzętnie przechwyciła polszczyzna. W Słowniku Języka Polskiego  czytamy:

awatara mit. ind. «wcielenie boga, który zstępuje do świata ludzi w postaci zwierzęcia, człowieka lub hybrydy, by przywrócić zachwiany ład świata»

Nie powinniśmy zapominać też o komputerowo-sieciowym znaczeniu tego słowa. Mianem awatarów określa się ikonki, reprezentujące użytkowników forów dyskusyjnych, blogów itp. Do slangu internetowego słowo to przeniknęło najprawdopodobniej z wydanej w 1992 roku powieści Neala Stephensona “Zamieć” (Snow Crash) gdzie określa ono “ciała” bohaterów, pozwalające poruszać się w cyfrowej, wirtualnej rzeczywistości.